Wyszukaj w serwisie
newsy tylko u nas foto telewizja lifestyle quizy O nas
News.Swiatgwiazd.pl > Newsy > To dlatego Edward Linde-Lubaszenko miał dwa nazwiska. Chodziło o jedną rzecz
Magdalena Szymańska
Magdalena Szymańska 08.02.2026 22:46

To dlatego Edward Linde-Lubaszenko miał dwa nazwiska. Chodziło o jedną rzecz

To dlatego Edward Linde-Lubaszenko miał dwa nazwiska. Chodziło o jedną rzecz
fot. KAPiF

Świat sztuki pogrążył się w mroku. Potwierdzono informacje o śmierci gwiazdora, którego kreacje aktorskie znali niemal wszyscy. Jeszcze niedawno w swoim ostatnim wywiadzie dzielił się poruszającą, wojenną historią dotyczącą jego tożsamości, która na zawsze pozostanie częścią jego niezwykłego dziedzictwa.

Nie żyje Edward Linde-Lubaszenko

Niedziela przyniosła wiadomość, która dla polskiej kultury oznacza koniec pewnej epoki. Zmarł Edward Linde-Lubaszenko, aktor, którego nie da się pomylić z nikim innym. Miał 86 lat i choć od dłuższego czasu mówiło się o jego słabszym zdrowiu, informacja o śmierci przekazana przez rodzinę i tak uderza z ogromną siłą. Odszedł człowiek, który dla Krakowa i tamtejszego Starego Teatru był kimś więcej niż tylko pracownikiem – był jego żywym symbolem.

Linde-Lubaszenko należał do starej gwardii, dla której aktorstwo było rzemiosłem najwyższej próby. W jego dorobku znajdziemy ponad 70 ról filmowych i grubo ponad setkę teatralnych. Miał ten rzadki dar, że nawet gdy pojawiał się na ekranie tylko na chwilę, zapadał w pamięć bardziej niż główni bohaterowie. Młodsi widzowie kojarzą go z kultowych „Psów”, starsi z genialnych kreacji u największych reżyserów. Miał charakterystyczny, niski głos i dystans do siebie, który sprawiał, że biła od niego naturalna klasa. Co rzadkie w tym zawodzie, artysta potrafił wyczuć moment, by powiedzieć „pas”. Nie tak dawno, bo w połowie grudnia 2025 roku, pojawił się w programie śniadaniowym i ze spokojem ogłosił, że kończy aktorską karierę. Zrobił to bez zbędnego dramatyzmu, po prostu uznając, że czas odpocząć. To było jego świadome pożegnanie z publicznością – na własnych zasadach, z podniesioną głową.

Polska scena traci postać fundamentalną. Był nie tylko aktorem, ale też cenionym pedagogiem i mentorem dla młodszych pokoleń. Edward Linde-Lubaszenko zostawia po sobie dziesiątki filmów i spektakli, które są teraz jedynym sposobem, by wciąż słuchać jego niezwykłych monologów. Takich ludzi nie da się zastąpić, bo ich charyzma nie wynikała z marketingu, ale z ogromnej inteligencji i życiowego doświadczenia.

To dlatego Edward Linde-Lubaszenko miał dwa nazwiska. Chodziło o jedną rzecz
Edward Linde-Lubaszenko fot. KAPiF

Ostatnie miesiące karierzy Linde-Lubaszenko

Informacja o śmierci aktora, przekazana przez PAP, uderza tym mocniej, że mowa o człowieku, który wydawał się niezniszczalny. Kiedy ktoś odchodzi w wieku 84 lat, zazwyczaj mówimy o „pięknym wieku”, ale w jego przypadku to brzmi po prostu niewłaściwie. On przecież dopiero co przekonywał, że starość to tylko cyfra, a nie powód, żeby siadać w fotelu i czekać na napisy końcowe.

Jego recepta na życie była rozbrajająco prosta i pozbawiona celebryckiego zadęcia. Podczas gdy inni szukają cudownych diet, on po prostu każdy dzień zaczynał od gimnastyki. To był jego codzienny rytuał, niemal mechaniczna rutyna, która pozwalała mu trzymać formę i fason. Ale to nie mięśnie były tu najważniejsze, tylko głowa. Biła od niego energia, której brakowało wielu młodszym kolegom po fachu. Kluczem do wszystkiego był ogromny dystans do siebie i poczucie humoru. On nie „walczył” z czasem – on go po prostu ignorował, żyjąc tak, jakby jutro zawsze miało przynieść nowy, ciekawy projekt. W wywiadach często powtarzał, że czuje się świetnie i nie zamierza zwalniać. I faktycznie, patrzyło się na niego z niedowierzaniem. To nie był typ emeryta wspominającego dawne czasy; on żył tu i teraz, dbając o higienę psychiczną tak samo mocno jak o kondycję fizyczną. Nie bawił się w wielką filozofię zdrowia, po prostu robił swoje.

Jego odejście to coś więcej niż koniec pewnej epoki w polskim kinie czy teatrze. To dowód na to, że można oszukać czas, zachowując pasję i sprawność do ostatnich chwil. Zostawił nam bardzo konkretną lekcję: ruszaj się, śmiej się i miej plan na jutro, bez względu na to, co mówi metryka. Pokazał, że dbanie o siebie to nie moda, ale wyraz szacunku do własnego życia.

Nie da się też ukryć, że zastanawiająca była kwestia dwoja nazwisk aktora.

Przeczytaj także: Na to chorował Edward Linde-Lubaszenko. Przeszedł koszmar

To dratego Edward Linde-Lubaszenko ma dwa nazwiska

Historia Edwarda Linde-Lubaszenki to gotowy scenariusz na film, w którym wielka polityka miesza się z bardzo osobistym dramatem. Choć kojarzymy go głównie z dziesiątkami ról filmowych i setkami spektakli, to jego własne życie dostarczyło mu najbardziej skomplikowanej partii do zagrania. Wszystko zaczęło się w 1939 roku w Białymstoku, gdzie przyszedł na świat jako syn Juliana Linde – Niemca o szwedzkich korzeniach. Wojna jednak szybko rozbiła tę układankę, a ojciec musiał opuścić miasto.

Wtedy w tej historii pojawia się postać kluczowa: radziecki oficer Mikołaj Lubaszenko. To on, ryzykując pewnie więcej, niż możemy sobie wyobrazić, pomógł matce Edwarda wyjechać do Archangielska. Podali się za jego rodzinę, co w tamtych realiach było jedyną szansą na przetrwanie. To właśnie Lubaszenko wychował przyszłego aktora, dając mu nie tylko opiekę, ale i nazwisko, które przez lata nosił jako własne. Prawda o biologicznym ojcu wyszła na jaw dopiero, gdy Edward był już dorosłym człowiekiem. Zamiast jednak odcinać się od przeszłości lub wybierać między jednym a drugim rodzicem, aktor zdecydował się na gest rzadko spotykany. W 1991 roku oficjalnie połączył oba nazwiska, tworząc hybrydę, która stała się jego znakiem rozpoznawczym. Człon „Linde” był ukłonem w stronę korzeni, a „Lubaszenko” – wyrazem wdzięczności dla człowieka, który uratował mu życie i stał się ojcem z wyboru.

W wywiadach aktor często wspominał o tym ukraińsko brzmiącym nazwisku, które przez lata budziło ciekawość. Dziś to podwójne nazwisko to nie jest zwykły kaprys artysty, ale symboliczny hołd dla dwóch ojców. To krótka lekcja historii o tym, że tożsamość to nie tylko geny, ale przede wszystkim lojalność i dług wdzięczności wobec tych, którzy byli przy nas w najtrudniejszych chwilach.

Miałem dużo takich przypadków, czy jestem Ukraińcem. Odpowiadam, że nie, to mój ojczym tak się nazywał, miał takie nazwisko, a ja jestem Polakiem. Mikołaj Lubaszenko był Ukraińcem i on uratował mnie i mamę przed wywózką na Sybir. Był oficerem Armii Czerwonej. Zrewanżowaliśmy mu się, wyciągając go ze Związku Radzieckiego. Mieszkał w Polsce do końca życia. We Wrocławiu mieszka jego syn, a mój brat przyrodni Bogdan i jego dzieci. Nawet ci w Polsce mieszkający Ukraińcy mnie zaczepiają i delikatnie, i życzliwie pozdrawiają — wskazał w rozmowie.

To dlatego Edward Linde-Lubaszenko miał dwa nazwiska. Chodziło o jedną rzecz

Bądź na bieżąco - najważniejsze wiadomości z kraju i zagranicy
Google News Obserwuj w Google News
Wybór Redakcji
jeffrey epstein
Polska spółka w nowych aktach Epsteina. Na rok przed śmiercią przyniosła mu gigantyczny zysk
Edward Linde-Lubaszenko
Niespełna dwa miesiące temu Edwarda Linde-Lubaszenko pojawił się na wizji. Wtedy widzieliśmy go ostatni raz
Edward Linde-Lubaszenko
To ostatnie zdjęcie Edwarda Linde-Lubaszenko przed śmiercią. Ledwo można go poznać
None
Na to chorował Edward Linde-Lubaszenko. Przeszedł koszmar
Marian Kasprzyk
Nad ranem gruchnęły wieści o śmierci. Nie żyje ikona polskiego sportu
Torbicka
Jak dobrze znasz Grażynę Torbicką? Te pytania mogą zaskoczyć
Wybór Redakcji