Ostatnie chwile życia Kory. Jakimś cudem nawet najwierniejsi fani nie mieli o tym pojęcia
Olga Jackowska, znana wszystkim jako Kora, była jedną z najważniejszych postaci polskiej muzyki XX i XXI wieku. Jej śmierć 28 lipca 2018 roku zakończyła życie artystki, ale pozostawiła wiele pytań o to, jak wyglądały jej ostatnie miesiące.
Życie prywatne Kory
Olga Jackowska, znana szerzej jako Kora, była ikoną polskiej sceny muzycznej, ale jej życie prywatne często pozostawało poza światłem reflektorów. Urodzona w Krakowie, w dorosłości przeniosła się do Warszawy, gdzie rozwijała karierę, ale także kształtowała własną przestrzeń prywatną.
Artystka była dwukrotnie zamężna. Pierwsze małżeństwo zakończyło się rozwodem, ale późniejsze spotkanie z Kamilem Sipowiczem wprowadziło do jej życia stabilność i wsparcie. To właśnie Sipowicz stał się jej towarzyszem w ostatnich latach życia i jednym z najważniejszych świadków choroby i ostatnich dni Kory.
Dom na Roztoczu stał się dla artystki miejscem spokoju i codziennej normalności. Mimo że choroba ograniczała jej aktywność, Kora nadal przyjmowała gości, prowadziła rozmowy z przyjaciółmi i spędzała czas z najbliższymi, zachowując elementy dawnej codzienności.
Choroba, którą artystka zdiagnozowano w 2013 roku – rak jajnika z przerzutami – stała się tłem ostatnich pięciu lat życia. Kora podchodziła do niej z determinacją i dystansem, co sprawiało, że nawet w trudnych momentach potrafiła utrzymać kontakt z bliskimi i otoczeniem.
Śmierć Kory nastąpiła 28 lipca 2018 roku. Według relacji jej męża, w ostatnich godzinach życia była otoczona najbliższymi, którzy pozostali przy niej do samego końca.
Sipowicz w rozmowie z RMF FM wspominał:
Kiedy Kora odchodziła, trzymaliśmy się wszyscy za ręce. Byli przyjaciele, rodzina i zwierzęta. Byliśmy razem do końca.
Fakt, że ostatnie chwile artystki spędzono w gronie rodziny i przyjaciół, pokazuje wagę relacji prywatnych w życiu Kory.

Kora Jackowska i walka z rakiem
W 2013 roku u Olgi Jackowskiej zdiagnozowano raka jajnika z przerzutami do otrzewnej. Była to choroba w zaawansowanym stadium, a rokowania początkowo były niepewne. Decyzje dotyczące leczenia podejmowane były w ścisłej współpracy z zespołem medycznym i mężem artystki, Kamilem Sipowiczem. Terapia obejmowała zarówno zabiegi chirurgiczne, jak i chemioterapię, co wymagało od Kory regularnych wizyt w szpitalach, konsultacji lekarskich oraz stałej obserwacji stanu zdrowia.
Kora przechodziła kolejne cykle leczenia, a jej stan zdrowia ulegał okresowym zmianom. W rozmowie z RMF FM mąż artystki ujawnił, że dzięki terapiom udało się przedłużyć jej życie:
Udało nam się wywalczyć pięć lat życia. Kiedy ktoś słyszy diagnozę, dostaje dwie złe wiadomości. Pierwszą, że jest chory. Drugą, że musi się zmierzyć z systemem
Pomimo choroby Kora nie rezygnowała całkowicie z życia zawodowego. Utrzymywała kontakt ze środowiskiem muzycznym, uczestniczyła w projektach artystycznych i zachowywała świadomość swojej pozycji w polskiej kulturze. Determinacja, jaką wykazywała wobec choroby, była równocześnie sposobem na zachowanie codzienności i samodzielności. Obecność męża, przyjaciół i rodziny w tym czasie była istotnym elementem wsparcia.
Pożegnanie Kory
Ostatnie dni życia Olgi Jackowskiej były spędzone w domu na Roztoczu, w otoczeniu najbliższych. Śmierć Kory nastąpiła 28 lipca 2018 roku. Fakt, że ostatnie godziny spędzono w gronie rodziny i przyjaciół, stanowi ważny element historii jej życia, pokazujący, jak istotne były dla niej relacje prywatne.
Po śmierci artystki mąż podjął decyzję o symbolicznych rytuałach pożegnania. Część prochów Kory została rozsypana w różnych miejscach, w tym w jeziorze, w Atlantyku oraz na Roztoczu. Sipowicz w rozmowie z RMF FM wyznał:
Rozdysponowałem je. Dostała je rodzina. Dostała siostra, synowie, przyjaciółka. Przyjaciółka rozsypała do Atlantyku, do Jeziora Wulpińskiego. My je wysypaliśmy na Roztoczu oczywiście. Jeszcze w kilka miejsc (…). Wykąpałem się w tym jeziorze. (…) Wielu ludzi będzie uznawać mnie za wariata. (…) To było naturalne. Stałem na pomoście (…) i po prostu skoczyłem z tego pomostu do tej wody, i akurat były tam te prochy. Ja po jej śmierci byłem w strasznie dziwnym stanie
Okres po śmierci Kory był dla męża czasem intensywnej żałoby i przemyśleń. Podróże do Hiszpanii, Francji i Portugalii były próbą poradzenia sobie ze stratą oraz refleksją nad życiem i przemijaniem. Sipowicz przyznaje:
Po śmierci Kory miałem bardzo głęboką depresję. Byłem w rozpaczy. Jeździłem przez Hiszpanię, Francję, Portugalię. Byłem w takim dziwnym stanie, jakby w transie. Szukałem czegoś, choć sam nie wiedziałem, czego. Osoba chora może umrzeć wcześniej, ale każdy z nas zmierza w tym samym kierunku. Ona po prostu jest bliżej mety
Śmierć Kory była wydarzeniem medialnym, ale jej ostatnie dni pozostawały w dużej mierze prywatne. Relacje, które utrzymywała w rodzinie i przyjaźniach, odegrały kluczową rolę w tym czasie, dając artystce spokój i poczucie bezpieczeństwa.
