Nie żyje znany sportowiec. Znają go wszyscy Polacy
Nie żyje legenda sportu. Smutne wieści obiegły sieć.
- Smutne pożegnania na koniec roku
- Kariera
- Nie żyje legendarny sportowiec
Smutne pożegnania na koniec roku
W polskim show-biznesie rzadko zdarzają się lata tak trudne, jak ten mijający. Zwykle żyjemy plotkami o nowych domach czy rozstaniach, ale tym razem branża musiała zmierzyć się z serią pożegnań, które naprawdę bolą. Odeszły osoby, które w swoich dziedzinach były po prostu „jakieś” – autentyczne i niemożliwe do podrobienia. Największy szok wywołała śmierć Tomasza Jakubiaka. Kucharz, którego Polacy pokochali za brak nadęcia i szczery uśmiech, do samego końca pokazywał ogromną klasę. Jego walka z rzadkim nowotworem była publiczna, ale pozbawiona taniej martyrologii. Jakubiak nie chciał litości, chciał edukować i po prostu być sobą. Kiedy odszedł, wielu z nas poczuło się, jakby straciło kogoś bliskiego, niemal członka rodziny, który z ekranu uczył nas, że jedzenie to przede wszystkim radość.
Równie trudne do zaakceptowania jest odejście Joanny Kołaczkowskiej. Trudno uwierzyć, że nie usłyszymy już jej nowych żartów. Była sercem kabaretu Hrabi i dowodem na to, że inteligencja w komedii wciąż ma się dobrze. Jej poczucie humoru było specyficzne, czułe i trafiało w punkt. Bez niej polska scena kabaretowa straciła swój najważniejszy, rozśpiewany filar. Na liście tych bolesnych strat znalazł się też Stanisław Soyka. Jego głos był częścią polskiej kultury przez dziesięciolecia. To artysta, który potrafił śpiewać o rzeczach trudnych w sposób, który przynosił ukojenie. Po jego śmierci w świecie polskiego jazzu i poezji zrobiło się po prostu ciszej.
Rok 2025 brutalnie zweryfikował nasze poczucie, że znani ludzie są niezniszczalni. Okazało się, że pasja i talent nie dają nieśmiertelności, ale dają coś innego – pamięć. Zostają po nich przepisy, piosenki i skecze, do których będziemy wracać pewnie jeszcze przez lata, szukając tej autentyczności, o którą w dzisiejszych mediach coraz trudniej.

Maciej Łasicki - kariera
Gdybyście zapytali kogoś na ulicy o Macieja Łasickiego, pewnie zapadłaby cisza. A szkoda, bo to postać, która idealnie pokazuje, że w sporcie – zwłaszcza tym z lat 90. – nie było dróg na skróty. Łasicki to człowiek od „czwórki ze sternikiem”, osady, która w Barcelonie w 1992 roku wyszarpała brązowy medal olimpijski. Wioślarstwo to nie jest sport dla ludzi, którzy lubią błyszczeć w świetle jupiterów. To harówka w ciszy, ból płuc i pęcherze na dłoniach, których nikt nie widzi. Łasicki wszedł do tej łodzi w idealnym momencie, tworząc z kolegami ekipę, która po latach posuchy przywróciła polskie wiosła na mapę świata. Co ciekawe, ten sukces nie był efektem gigantycznych budżetów, a raczej surowej, fizycznej pracy i zgrania charakterów.
Jego kariera to klasyczny przykład sportowca, który wiedział, kiedy zejść z wody. Trzy medale mistrzostw świata i ten najważniejszy, olimpijski krążek, to dorobek, którego nikt mu nie zabierze. Ale Łasicki nie został w przeszłości. To postać, która udowadnia, że instynkt sportowca przydaje się też w „cywilu”. Po zakończeniu kariery zajął się biznesem, pokazując, że dyscyplina z jeziora Banyoles przekłada się na realne życie. Dziś, patrząc na nowoczesne tory wioślarskie, warto pamiętać o takich ludziach jak on. Nie potrzebował social mediów ani krzykliwych nagłówków. Wystarczyło mu kilka minut morderczego tempa na torze, by zapisać się w historii. To lekcja dla dzisiejszych pokoleń: wynik broni się sam, nawet bez filtrów na zdjęciach.
Nie żyje legendarny sportowiec
Wiadomość o śmierci Macieja Łasickiego spadła na środowisko sportowe nagle i zostawiła po sobie trudną do wypełnienia pustkę. Choć minęły już dekady od momentu, gdy polskie wioślarstwo świętowało sukcesy w Barcelonie, to nazwisko Łasickiego wciąż kojarzyło się z jednym z najbardziej radosnych momentów polskiego sportu lat 90. Brązowy medalista olimpijski zmarł 19 grudnia w wieku zaledwie 60 lat, co dla wielu kibiców jest szokiem – to przecież wciąż wiek, w którym ma się sporo planów.
Z wielkim żalem i smutkiem przyjęliśmy informację o śmierci Macieja Łasickiego, brązowego medalisty igrzysk olimpijskich w Barcelonie (1992) w czwórce ze sternikiem oraz trzykrotnego medalisty mistrzostw świata. Rodzinie i bliskim składamy najszczersze wyrazy współczucia - czytamy w komunikacie na Facebooku.
Łasicki był postacią, która mocno wpisała się w krajobraz Gdańska. Zaczynał w Stoczniowcu, by później na lata związać się z AZS AWFiS Gdańsk. To właśnie ten klub jako jeden z pierwszych pożegnał swojego wybitnego reprezentanta, przypominając, że odszedł nie tylko wielki sportowiec, ale i człowiek, który dla wielu młodszych zawodników był symbolem solidności.
