Była 20.00, gdy w radio ogłosili śmierć gwiazdy kabaretu. Nagle to stało się z matką zmarłego. Fani w szoku
Była 20:00, gdy w eterze radiowej audycji padły słowa, które zmroziły słuchaczy. Komunikat o rzekomej śmierci popularnej postaci polskiej sceny rozrywkowej obiegł falę radiową, wywołując prawdziwy dramat. Nikt nie spodziewał się, że chwila żartu zamieni się w rodzinne piekło i medialny skandal.
- W radiu ogłosili śmierć kabareciarza — szok nad eterem
- Przerażona matka. Jak zareagowała na doniesienia?
- Nagły zwrot w sprawie
W radiu ogłosili śmierć kabareciarza — szok nad eterem
W jednej z lokalnych rozgłośni radioodbiorniki słuchaczy zostały zatrzęsione dramatycznym komunikatem. Tuż po godzinie 20:00 prowadzący audycję „Wszystko się może zdarzyć” nagle przerwał program, by przekazać „bardzo ważną informację”: rzekomo podczas wypadku samochodowego miał zginąć znany kabareciarz.
Dzisiaj na trasie Kraków – Jelenia Góra w wypadku samochodowym zginął nasz redakcyjny kolega Robert Motyka”. No i on tak zrobił - usłyszeli słuchacze.
Początkowo nikomu nie przyszło do głowy, iż doniesienie to mogłoby nie być prawdziwe. Wizerunek tragicznego wydarzenia został przedstawiony w sposób bardzo realistyczny — padły szczegółowe słowa o trasie, miejscu wypadku, a nawet o śmiertelnych obrażeniach. To wywołało ogromne emocje nie tylko wśród lokalnych odbiorców, lecz także w środowisku kabareciarskim.
Okazało się jednak, że to nie był news z redakcji, lecz… żart, który przerósł oczekiwania autorów audycji. Autor którego dotyczył — popularny kabareciarz — sam uczestniczył w tworzeniu pomysłu. Jego intencją miało być jedynie zaskoczenie słuchaczy i zwiększenie zainteresowania programem, który z czasem zaczął tracić na świeżości. W rozmowie wspominał:
To jest rzecz bardzo głupia. Teraz wiem, że głupia, wtedy wydawała się śmieszna. […] Słuchaj, już nie mam pomysłu, co możemy dzisiaj zrobić, żeby zaszokować naszych słuchaczy… O 20:00 powiedz tak: przerywamy audycję, żeby podać bardzo ważny komunikat, że dzisiaj na trasie Kraków – Jelenia Góra w wypadku samochodowym zginął nasz redakcyjny kolega… - przekazał Robert Motyka.
Audycja miała być kolejnym segmentem kabaretowego humoru, jednak komunikat o śmierci — wypowiedziany na żywo — wywołał katastrofalne skutki daleko poza planowaną żartobliwą konwencją.
Przerażona matka. Jak zareagowała na doniesienia?
Największy dramat wydarzył się jednak poza studiem. Jak się okazało, słuchaczami audycji byli również bliscy kabareciarza — w tym jego matka, która akurat znalazła się w domu i nastawiła swój odbiornik na to radio. Gdy usłyszała komunikat o śmierci syna, reakcja była natychmiastowa i przerażająca. Matka straciła przytomność — zemdlała po prostu w kuchni, przekonana, że właśnie otrzymała najgorsze wiadomości w życiu.
Po chwili ocknęła się, ale zamiast uspokojenia pojawiła się panika. Jak relacjonuje dziś sam komik, jego matka natychmiast kazała mężowi sprawdzić, co się naprawdę stało:
Potem, jak odzyskała przytomność, mówi do mojego ojca: „Leć do sąsiada, dzwoń, czy on żyje”. Ojciec do mnie zadzwonił i jego pierwsze słowa były: „Żyjesz?”. Ja mówię: „Żyję”. A on: „Ja cię, ku*wa, zabiję, jak tam przyjadę”.
Ta dramatyczna scenka pokazuje, jak bardzo realne konsekwencje potrafią mieć nawet niewinnie brzmiące żarty. Nie tylko słuchacze byli zdezorientowani — w grę weszły prawdziwe uczucia, zdrowie psychiczne i fizyczne najbliższych rodzinie osoby, której „dotyczył” komunikat.
Rodzina została tym zdarzeniem na lata naznaczona — nie tylko pamięcią tej strasznej chwili, ale też trudną do opisania traumą.
Nagły zwrot w sprawie
Po początkowym szoku okazało się, że wszystko było… żartem. Audycja wzięła się z pomysłu popularnego kabareciarza, który wraz z kolegą prowadzącym program postanowił „zaskoczyć” słuchaczy nietypowym komunikatem. Niestety, jak się później okazało — żart ten był wyjątkowo niefortunny i zyskał niespodziewane konsekwencje.
Pierwotna intencja nie zakładała wywołania paniki ani wyrządzenia komuś krzywdy. Obaj prowadzący stwierdzili, że potrzebują nowego, nietuzinkowego pomysłu, by przyciągnąć uwagę odbiorców. Chcieli więc przenieść kabaret również na antenę radiową. Plan był prosty: wywołać sensację i zobaczyć reakcje słuchaczy.
Jednak efekt przeszedł ich najczarniejsze obawy. Informacja o „śmierci” rozniosła się błyskawicznie, a medialne i rodzinne konsekwencje okazały się zbyt poważne, by można je było bagatelizować. Matka komika doznała omdlenia, a o całym wydarzeniu zaczęły mówić media i środowisko kabaretowe, które zastanawia się dziś głośno nad granicami dobrego humoru.
To, co miało być żartem, przerodziło się w medialny skandal i przypomnienie, że przekaz informacji — nawet w żartobliwym tonie — może mieć realny wpływ na życie ludzkie, zdrowie rodzin i emocje fanów.