Bestsellery Empiku 2026. Przejmujące słowa Dawida Podsiadło na gali "Przestawałem wierzyć"
Bestsellery Empiku to najważniejszy barometr gustów kulturalnych Polaków, wyłaniający liderów sprzedaży w świecie literatury, kina i muzyki. Choć tegoroczna gala należała bezsprzecznie do Dawida Podsiadło, to nie kolejne statuetki na koncie artysty stały się głównym tematem kuluarowych rozmów. Muzyk, znany ze swojego specyficznego poczucia humoru, tym razem poruszył publiczność wyjątkowo osobistym i smutnym wyznaniem, które rzuciło nowe światło na cenę jego ogromnego sukcesu.
Bestsellery Empiku 2026
Gala Bestsellerów Empiku to taki specyficzny moment w roku, kiedy matematyka spotyka się z celebryckim blichtrem. Niby wszyscy wiemy, że to po prostu podsumowanie paragonów, ale i tak co roku zasiadamy przed ekranami, żeby sprawdzić, co właściwie kupowaliśmy przez ostatnie dwanaście miesięcy. To nie jest konkurs piękności ani wybór mędrców – to brutalnie szczery ranking popularności, w którym decydują nasze portfele, a nie opinie krytyków.
Tegoroczna edycja, transmitowana w lutym 2026 roku, znów udowodniła, że polskie gusta to jedna wielka zagadka. Na tej samej scenie odbierają statuetki autorzy ciężkich reportaży i twórcy popowych hitów, których nie da się "odłyszeć" w radiu. To uczciwy układ. Nie ma tu miejsca na dorabianie ideologii: sprzedałeś najwięcej, wygrywasz. Z danych jasno wynika, że jako naród wciąż nie możemy żyć bez kryminałów, a liczba literackich trupów na metr kwadratowy w Polsce rośnie w tempie zastraszającym. Jednocześnie segment Young Adult udowadnia, że nastolatki wcale nie porzuciły papieru na rzecz TikToka – one po prostu kupują to, co do nich faktycznie trafia.
Jednym z nawet podwójnie nagrodzonych był Dawid Podsiadło, który zaskoczył wszystkich swoją przemową.
Dawid Podsiadło - kariera
Szczerze mówiąc, trudno o drugiego takiego gościa jak Dawid Podsiadło. Facet wygrał „X Factora” w 2012 roku i zamiast – wzorem wielu kolegów z talent shows – zniknąć po jednym sezonie w otchłani zapomnienia, po prostu przejął polską scenę muzyczną. I to bez nachalnego gwiazdorzenia.
Jego przepis na sukces wydaje się niemal irytująco prosty. Wydał cztery płyty i każda z nich, od debiutanckiego „Comfort and Happiness” po ostatnie „Lata Dwudzieste”, pokryła się diamentem. To nie są przypadkowe hity do windy; Podsiadło ma rzadki dar łączenia radiowych melodii z tekstami, które nie obrażają inteligencji słuchacza. Nieważne, czy śpiewa o „Trójkątach i kwadratach”, czy w „Małomiasteczkowym” punktuje nasze kompleksy – ludzie kupują to w ciemno. Prawdziwy fenomen widać jednak dopiero w statystykach koncertowych, które wyglądają, jakby ktoś dopisał o jedno zero za dużo. W 2024 roku jego stadionowa trasa przyciągnęła prawie pół miliona ludzi. Sam Stadion Śląski wypełnił 200 tysiącami fanów. To liczby zarezerwowane dotąd dla światowych gigantów pokroju Coldplay czy Taylor Swift, a nie chłopaka w wąsiku, który między piosenkami opowiada suchary.
Do tego dochodzi jego stała obecność w Męskim Graniu, gdzie razem z innymi artystami regularnie serwuje nam hymny wakacji. Dlaczego go tak lubimy? Bo mimo tych wszystkich Fryderyków i Paszportów Polityki na półce, Podsiadło wciąż sprawia wrażenie kumpla, który po prostu umie pisać dobre piosenki. Nie musi udawać kogoś, kim nie jest, a w dzisiejszym show-biznesie to towar deficytowy. To nie jest tylko „kariera”, to regularne przesuwanie sufitu polskiej muzyki rozrywkowej.
Przejmujące słowa Dawida Podsiadło
No umówmy się – na polskiej scenie muzycznej są artyści, są gwiazdy i jest Dawid Podsiadło, który gra we własnej lidze. Ostatnia gala tylko to potwierdziła, choć tym razem to nie same statuetki były najważniejsze, a to, co wydarzyło się między nimi. Dawid zgarnął dwa solidne wyróżnienia. Pierwsze za najwyższą sprzedaż płyt w ostatniej dekadzie, co w dobie streamingu jest wyczynem niemal astronomicznym. Drugie, do spółki z Kaśką Sochacką, za album „Zorza”. I o ile te nagrody nikogo specjalnie nie zdziwiły, bo Podsiadło przyzwyczaił nas do wygrywania wszystkiego, o tyle jego zachowanie na scenie dało ludziom do myślenia.
Zamiast standardowych podziękowań dla wytwórni i producentów, usłyszeliśmy coś, co brzmiało jak bardzo osobisty rachunek sumienia. Dawid, który dla milionów jest uosobieniem „człowieka sukcesu”, stanął przed mikrofonem i po prostu pękł. To nie był wyreżyserowany show, tylko moment, w którym artysta przyznał, że ta cała presja i oczekiwania mają swoją ciemną stronę.
Ostatnie lata były dla mnie dziwne. Przestawałem wierzyć w sens tego, co robię, ale też w sens w ogóle. Dzięki temu może znowu go znajdę — powiedział Dawid Podsiadło ze sceny.
Fani w sieci od razu zaczęli dopytywać: czy to zmęczenie materiału, czy może zapowiedź dłuższej przerwy? Atmosfera zrobiła się gęsta, więc kiedy Podsiadło wrócił na scenę odebrać tytuł Artysty Roku, postanowił nieco wyhamować te emocje. W swoim stylu, z lekkim dystansem i humorem, skorygował wcześniejsze słowa, próbując obrócić wszystko w żart lub przynajmniej zdjąć z nas ciężar tego wyznania.
Mega smutno powiedziałem wcześniej i dostałem SMS-em, że wszystko w porządku. Natomiast wszystko jest ok. Nie martwcie się o mnie. Jeżeli się ktoś wystraszył, wszystko jest dobrze, jestem mega szczęśliwy i kocham śpiewać cały czas. Od tego się zaczęło i mam nadzieję, że tak będzie już zawsze. To jest najprzyjemniejsza rzecz. Śpiewam sobie codziennie. Ok, sorry, sorry. Cofnąłem się parę lat, już umiem mówić dzisiaj i jest fajnie z tą umiejętnością — zapewniał ze sceny Dawid Podsiadło.
