Spotkanie dwóch legend za kulisami. Tak Sting zareagował na Justynę Steczkowską
To był wieczór pełen emocji, ale to, co wydarzyło się za kulisami, przyćmiło wszystko inne. Jedna z największych polskich diw stanęła oko w oko ze światową legendą. Te chwile zostaną z nią na zawsze, a szczegóły ich rozmowy chwytają za serce.
SSting na Sylwestrze z Dwójką
Ostatnia noc roku w Katowicach udowodniła, że telewizyjne widowiska wciąż potrafią przyciągnąć przed ekrany miliony, choć tym razem to nie pirotechnika skradła show. Sylwester z Dwójką 2025 zgromadził na scenie niemal całą pierwszą ligę polskiej estrady. Pojawiła się Doda, wystąpiła Justyna Steczkowska, a swój stały punkt programu odhaczyli Maryla Rodowicz oraz zespół Ich Troje. Mimo solidnej dawki rodzimego popu i energii Dawida Kwiatkowskiego, wszyscy czekali na kogoś zupełnie innego.
Prawdziwym asem w rękawie TVP okazał się Sting. Brytyjczyk, który ma już 74 lata, pokazał, na czym polega prawdziwa klasa, której nie da się kupić ani wypracować na siłę. Kiedy wyszedł na scenę, nie potrzebował armii tancerzy ani wybuchów konfetti. Wystarczył jego charakterystyczny, lekko zachrypnięty głos i gitara, by cała reszta wykonawców na chwilę zbladła. Muzyk postawił na sprawdzony zestaw hitów, serwując publiczności takie klasyki jak „Englishman in New York” czy kultowe „Every Breath You Take”.
Ciekawie działo się też za kulisami, gdzie obecność światowej gwiazdy wprawiła w ekscytację nawet naszych znanych artystów. Justyna Steczkowska miała okazję spotkać Stinga na zapleczu, co szybko stało się jednym z najchętniej komentowanych momentów wieczoru. Ich wspólne, niemal filmowe zetknięcie pokazało, że magia wielkich nazwisk wciąż działa bezbłędnie. Sting udowodnił, że w świecie pełnym efektów specjalnych, to surowy talent i charyzma bronią się najlepiej. Cała impreza, choć momentami przewidywalna, dzięki jego obecności zyskała jakość, której rzadko szuka się w sylwestrowych koncertach pod gołym niebem.

To tam Justyna Steczkowska wpadła na Stinga
Kiedy w mediach gruchnęła wiadomość, że Sting wystąpi na Sylwestrze z Dwójką, wielu spodziewało się listy żądań długiej jak stąd do Londynu. Tymczasem rzeczywistość okazała się zaskakująco skromna. Muzyk, zamiast złotej klamki i kawioru, postawił na minimalizm i święty spokój. Organizatorzy musieli zadbać jedynie o to, by w garderobie znalazło się kilka butelek niegazowanej wody, świeży imbir oraz miód manuka. To właśnie ten nowozelandzki specjał był jego jedyną większą „fanaberią”, choć dla kogoś, kto żyje z głosu, to raczej zwykłe narzędzie pracy niż luksus.
Artysta podszedł do całego wydarzenia z ogromnym luzem, co rzadko zdarza się przy gwiazdach tego formatu. Zrezygnował z wielogodzinnych prób, które zazwyczaj paraliżują scenę na kilka dni przed imprezą. Zjawił się dopiero na popołudniowych przygotowaniach, tuż przed głównym koncertem. Nie robił wokół siebie zbędnego zamieszania, co tylko potwierdziło, że wielkie nazwiska często mają najmniejsze ego.
Często bywa tak, że największe gwiazdy mają najmniejsze oczekiwania. W tym przypadku jest dokładnie tak samo. Życzenia Stinga są naprawdę skromne, zwłaszcza na tle innych artystów, w tym także polskich. Skromność to zdecydowanie jego znak rozpoznawczy – przekazał informator Plejady.
W kuluarach doszło też do spotkania, które do dziś wspomina Justyna Steczkowska. Polska wokalistka miała okazję zamienić kilka słów z legendą i, jak później przyznała w rozmowie z „Faktem”, było to doświadczenie pełne klasy. Sting nie odcinał się od innych artystów grubą kreską ani kordonem ochroniarzy. Wszedł w interakcję z polską gwiazdą w sposób naturalny, co dla wielu świadków tej sceny było dowodem na jego autentyczność. Cała wizyta Stinga pokazała, że można być ikoną popkultury i jednocześnie normalnym facetem, który po prostu potrzebuje odrobiny ciszy i herbaty z imbirem przed wejściem na scenę.
Tak Steczkowska wspomina spotkanie ze Stingiem
To była jedna z tych historii, które udowadniają, że nawet wielkie gwiazdy miewają swoje „fankowskie” momenty. Justyna Steczkowska od lat uwielbiała twórczość Stinga, więc kiedy nadarzyła się okazja, by wystąpić na tej samej imprezie, była wniebowzięta. Nikt jednak nie przewidział, że ich drogi przetną się w tak mało oficjalnych okolicznościach. Podczas przygotowań do sylwestrowego koncertu piosenkarka dosłownie wpadła na swojego idola za kulisami.
Udało mi się spotkać Stinga zupełnie przez przypadek. Miałam takie szczęście, że grałam przed siedemnastą, a zaraz po mnie na próbę wchodził Sting. Gdy schodziłam ze sceny, dosłownie na niego wpadłam – wyznała w rozmowie z „Faktem”.
Wielu zastanawiało się, jaki brytyjski muzyk był na żywo, gdy gasły światła jupiterów. Steczkowska nie ukrywała, że to spotkanie mocno ją zaskoczyło. Choć sama była pełna emocji i energii, Sting zareagował z ogromnym spokojem i klasą. Nie było w nim cienia wyniosłości, którą czasem przypisuje się światowym gigantom. Brytyjczyk okazał się po prostu szarmanckim facetem, co tylko potwierdziło wizerunek, jaki od lat budował w mediach.
Zareagowałam spontanicznie: „oh my gosh, oh my gosh”. On spojrzał, uśmiechnął się, zamieniliśmy dosłownie dwa słowa – on wchodził, ja schodziłam. To cudowny artysta, wspaniały, w świetnej formie. Przecież to cała historia mojego życia i życia wielu ludzi z lat dziewięćdziesiątych, związana z jego muzyką. Dał nam mnóstwo radości i wzruszeń, więc to było naprawdę bardzo miłe spotkanie – przyznała.
Dla polskiej wokalistki ta krótka rozmowa była czymś więcej niż tylko branżowym uprzejmością. To nie był zresztą jedyny raz tamtego wieczoru, kiedy Sting wszedł w interakcję z naszymi rodzimymi artystami. Muzyk oczarował całe zaplecze swoją obecnością, pokazując, że ma w sobie naturalny magnetyzm. Steczkowska wielokrotnie podkreślała później, że tamte chwile zostały z nią na bardzo długo. Cała ta sytuacja pokazała, że za kulisami wielkich widowisk dzieją się czasem ciekawsze rzeczy niż na samej scenie, a Sting bez wysiłku skradł show jeszcze zanim w ogóle wziął do ręki mikrofon.
