Ostatnie chwile życia papieża Jana Pawła II. Wielu wiernych nie ma o tym pojęcia
Na szczycie Pałacu Apostolskiego znajduje się miejsce, o którym niewielu wiedziało — ukryty taras, niedostrzegalny z poziomu Placu Świętego Piotra, a jednocześnie oferujący widok rozciągający się daleko poza granice Rzymu. To właśnie tam, z dala od tłumów i codziennego zgiełku, Jan Paweł II znajdował ukojenie i przestrzeń do refleksji. W ostatnich chwilach życia powrócił w to szczególne miejsce, by po raz ostatni spojrzeć na miasto, które stało się jego domem. Wspomnienie tej chwili przywołują świadkowie opisani w książce “Zdarzyło się w Watykanie” autorstwa Magdaleny Wolińskiej-Redi.
Ostatnie chwile papieża Polaka
Ostatnie chwile życia Jana Pawła II pozostają jednym z najbardziej poruszających momentów we współczesnej historii Kościoła. Wspomnienia osób, które towarzyszyły papieżowi w jego ostatnich dniach, odsłaniają nie tylko przebieg wydarzeń, ale także atmosferę bliskości, cierpienia i niezwykłego spokoju.
Relacje świadków pokazują, jak wyglądała codzienność w papieskim apartamencie w czasie, gdy stan zdrowia Ojca Świętego systematycznie się pogarszał. Opieka nad nim stopniowo przybrała charakter całodobowy i bardzo osobisty. Najbliżsi współpracownicy oraz personel medyczny stali się częścią jego codziennego życia, tworząc wokół niego niemal rodzinne środowisko.
Prawie dwadzieścia lat temu watykańska służba zdrowia organizowała specjalną ekipę do opieki nad coraz bardziej schorowanym Janem Pawłem II. Pracowałem wtedy w Poliklinice Gemelli w Rzymie. Kilkakrotnie zdarzyło mi się opiekować papieżem podczas jego pobytów w tym szpitalu. Kolega, z którym tam współpracowałem, wymienił moje nazwisko, kiedy kompletowano wspomnianą ekipę. Kilka miesięcy później, w 2002 roku, trafiłem do Watykanu.
Był to bez wątpienia trudny czas. Najtrudniejszy w mojej medycznej karierze. W Gemelli, gdzie pracowałem od 1990 roku, kiedy miewałem do czynienia z Ojcem Świętym, to jedynie przez kilka godzin, najwyżej kilka dni. Tutaj ta opieka miała być na stałe, a przy tym nabrała zupełnie innego, bardzo osobistego charakteru. (…) - mówi Massimiliano Strappetti opiekun papieża Jana Pawła II i bohater książki “Zdarzyło się w Watykanie” autorstwa Magdaleny Wolińskiej-Redi.
Wspomnienia jednego z opiekunów ukazują szczególną więź, jaka wytworzyła się między nim a papieżem. Mimo postępującej choroby i ogromnego cierpienia fizycznego, Jan Paweł II zachowywał zainteresowanie drugim człowiekiem, okazywał ciepło i wdzięczność.
Miałem ogromny przywilej dzielenia z Ojcem Świętym jego ostatniego okresu życia. Byłem przy nim bez przerwy przez cały najtrudniejszy czas choroby i powolnego odchodzenia. Dziś, z perspektywy czasu, jako najcenniejsze postrzegam to, że całą tę sytuację przeżywałem u niego w domu, przebywając z papieżem dwadzieścia cztery godziny na dobę. Myślę, że był to najpiękniejszy czas w całym moim życiu. Atmosfera rodzinnego ciepła, jaka biła z tego miejsca, i niewyobrażalna głębia relacji Jana Pawła II z Bogiem, którą dostrzegałem każdego dnia, nawet w najboleśniejszych i najtrudniejszych chwilach, były dla mnie bezcenną lekcją życia.
Atmosfera panująca w apartamencie papieskim była pełna skupienia, ale też codziennej troski i zwyczajności. Nawet w obliczu nadchodzącej śmierci zachowywano rytm dnia — wspólne modlitwy, posiłki i obecność najbliższych współpracowników.
Muszę przyznać, że opieka nad nim nie była bardzo trudna, bo on nie był trudnym pacjentem. Powiedzmy sobie szczerze: żeby dobrze pracować, skutecznie nieść pomoc i ulgę w cierpieniu, musieliśmy traktować Jana Pawła II po prostu jak każdego pacjenta, którego należy otoczyć jak najlepszą opieką. Nie mogliśmy pozwolić sobie na myślenie, że jest to Ojciec Święty, na postrzeganie go jako kogoś niesamowicie ważnego i przez to też trochę niedostępnego – bo wtedy zwykłe czynności medyczne sprawiałyby nam trudność. On zawsze starał się, byśmy czuli się komfortowo, swobodnie, jak u siebie. Nawet w ostatnim, najtrudniejszym czasie nigdy nie brakowało z jego strony życzliwego gestu, uśmiechu, podziękowania. Często wyrażał wdzięczność za naszą troskę. Doceniał to, że staraliśmy się być przy nim dyskretni. A ja próbowałem mu nie przeszkadzać. Dbałem o to, by zawsze być blisko, ale nie przekraczać granicy jego prywatności. Cieszył się, że nas miał. Bo czuł się bezpiecznie.

Pogorszenie stanu zdrowia
Przełomowym momentem okazał się okres Wielkanocy 2005 roku. To właśnie wtedy stan zdrowia papieża gwałtownie się pogorszył. Ostatnia próba publicznego wystąpienia stała się symbolem jego walki i jednocześnie momentem przełomowym.
W świecie za Spiżową Bramą ten czas, zwłaszcza ostatni tydzień, od Wielkanocy do soboty w wigilię Niedzieli Miłosierdzia 2005 roku, był okresem trudnym, dziwnym. Większość pracowników i mieszkańców Watykanu niczego podobnego jeszcze nie doświadczyła. Ci, którzy przyszli tu do pracy po 1978 roku, nie pamiętali poprzedników Jana Pawła II, nigdy nie przeżyli ani śmierci żadnego następcy świętego Piotra, ani konklawe. - mówi Magdalena Wolińska-Redi autorka książki
Od tego momentu rozpoczął się najtrudniejszy etap — czas powolnego odchodzenia. Choroba coraz bardziej ograniczała funkcjonowanie organizmu, a największym problemem stało się oddychanie. Pomimo intensywnej opieki medycznej było jasne, że zbliża się koniec.
Najtrudniejszy czas rozpoczął się w Niedzielę Wielkanocną. Zgodnie z planem w świąteczny poranek Ojciec Święty miał się pokazać w oknie biblioteki, złożyć życzenia zebranym na placu wiernym i udzielić błogosławieństwa. Już od wczesnego ranka urządzaliśmy próby, papież ćwiczył głos i wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku. Mówił wyraźnie: "Buona Pasqua", czyli "Wesołych Świąt", uczynił znak błogosławieństwa, był pogodny i bardzo zadowolony z tego, że mu się udało. Myślę, że wypowiedzenie tych słów w takim dniu i błogosławieństwo udzielone całemu światu było wtedy jego największym pragnieniem, źródłem radości. Jeszcze chwilę przed tym, jak ukazał się w oknie, powiedziałem do niego: "Ojcze Święty, proszę zachować całkowity spokój, wziąć głęboki oddech i powoli mówić". Pamiętam, że obok mnie stał doktor Buzzonetti i obaj sekretarze.
W ostatnich godzinach przy łóżku papieża zgromadzili się najbliżsi — współpracownicy, duchowni i personel medyczny. Panowała atmosfera skupienia, modlitwy i oczekiwania.
Przyszedł czas, by udać się do biblioteki, z której okna papież zawsze pojawiał się na modlitwie Anioł Pański i skąd także tym razem miał się ukazać światu. Zatrzymałem się na progu sypialni, nie chcąc robić zamieszania, ale ksiądz Stanisław mnie zauważył i powiedział, że papież pragnie, bym im towarzyszył i stał za wózkiem, na którym siedział. A potem już było to, co zobaczył cały świat, co pamiętamy wszyscy. Ogrom wzruszenia wziął górę i papież nie zdołał wypowiedzieć ani słowa. Kiedy tylko wróciliśmy do pokoju, zauważyłem, że zupełnie zmienił mu się wyraz twarzy. Że coś się w nim złamało. Tak jakby już zrezygnował z walki, jakby zrozumiał, że już nic tu po nim… I wtedy rozpoczęła się prawdziwa droga krzyżowa, która sześć dni później doprowadziła go do śmierci. To właśnie od tamtej chwili pozostałem z nim już przez cały czas. Było coraz trudniej.
Odejście papieża Jana Pawła II
Moment śmierci Jana Pawła II był doświadczeniem głęboko poruszającym dla wszystkich obecnych. To chwila, która na zawsze zapisała się w ich pamięci.
Ostatniego dnia, w sobotę, wszyscy czuwaliśmy przy łóżku Ojca Świętego. Klęczały przy nim siostry sercanki, te, które całe życie zajmowały się prowadzeniem jego domu, byli obaj sekretarze, był też kardynał Jaworski, matka Tekla – przełożona sióstr brygidek, jeśli dobrze pamiętam. Z sypialni papieskiej nie oddalał się również doktor Buzzonetti ani drugi lekarz, reanimator. Byłem też ja oraz drugi sanitariusz, Andrea. To ja zobaczyłem, że to już koniec… I wyłączyłem monitor, kiedy papież przestał oddychać. Zrobiłem ostatnie EKG, które potwierdziło śmierć. Walczyłem ze sobą, z własnymi emocjami. Tłumaczyłem sobie, że muszę być twardy, niewzruszony, skoro wszyscy wokół mnie są w tym momencie zrozpaczeni. W środku cały drżałem, ale nie dałem tego po sobie poznać.
Po śmierci rozpoczęły się przygotowania zgodne z wielowiekowym ceremoniałem. Jednak nawet w tej sformalizowanej rzeczywistości pojawiły się sytuacje wyjątkowe, które podkreślały osobisty wymiar pożegnania.
Oczywiście w momencie kiedy stwierdziliśmy, że funkcje życiowe Ojca Świętego definitywnie ustały, ruszyła cała machina ceremoniału związanego ze śmiercią głowy Kościoła. Zaczęli wchodzić kardynałowie, by oddać mu pokłon, a niedługo potem zabraliśmy się do przygotowania ciała papieża do wystawienia go publicznie. Pojawił się kardynał kamerling, który przystąpił do obrzędu ogłoszenia zgonu, zgodnie ze wskazówkami zawartymi w Ordo exsequiarum (Ceremoniale pogrzebu). Po chwili dołączyli też ceremoniarze z Urzędu Papieskich Ceremonii Liturgicznych ze szkatułą pełną szat przewidzianych na okoliczność śmierci następcy świętego Piotra.
Osoby, które towarzyszyły papieżowi do końca, pozostały przy nim również po śmierci — aż do momentu pochówku. Było to dla nich doświadczenie trudne do opisania, ale jednocześnie niezwykle ważne i głęboko osobiste.
Jak wiemy, obowiązujący w Kościele ceremoniał związany z momentem śmierci, w tym z obrzędem ubrania zmarłego papieża, jest dość rygorystyczny. Już w chwili kiedy nowy papież zostaje wybrany i spędza pierwsze chwile swojego pontyfikatu w Sali Płaczu, małym pomieszczeniu przy kaplicy Sykstyńskiej, po czym zakłada jedną z trzech przygotowanych dla niego białych szat (w zależności od rozmiaru, jaki nosi), równocześnie zostaje też przygotowana specjalna zalakowana szkatuła z szatami przeznaczonymi właśnie na moment śmierci i pochówku.
Dla wielu świadków tamtych wydarzeń śmierć Jana Pawła II była nie tylko końcem pontyfikatu, ale także momentem przełomowym w ich własnym życiu. Do dziś wspominają go jako człowieka o niezwykłej sile ducha, głębokiej wierze i wyjątkowej relacji z drugim człowiekiem.
Po jego śmierci wszystkim nam, którzy przez lata żyli w jego cieniu, w jego bliskości, nie było łatwo się przestawić na nowe porządki. Na początku wydawało się niemożliwe, by w ogóle można go było zastąpić. Dziś, po piętnastu latach od tamtego czasu, Jan Paweł II wciąż jest wspominany i uznawany za bezwzględny punkt odniesienia.
Nadal pracuję w watykańskiej służbie zdrowia, służę każdego dnia papieżowi Franciszkowi, tak jak służyłem wcześniej przez osiem lat Benedyktowi XVI. Opiekuję się również papieżem emerytem, pomagając za każdym razem, kiedy zachodzi taka potrzeba. Doceniam moją pracę i traktuję ją jako coś wyjątkowego. Życie toczy się dalej, ale Jan Paweł II wciąż zajmuje w moim sercu miejsce szczególne. Towarzyszyłem mu z bliska w przejściu na Drugą Stronę – i nikt mi tego nie odbierze.
