Wyszukaj w serwisie
newsy tylko u nas foto telewizja lifestyle quizy O nas
News.Swiatgwiazd.pl > Newsy > Tak Edward Linde-Lubaszenko poznał prawdę o ojcu. Wyciekł list
Kamil Wroński
Kamil Wroński 09.02.2026 15:05

Tak Edward Linde-Lubaszenko poznał prawdę o ojcu. Wyciekł list

Tak Edward Linde-Lubaszenko poznał prawdę o ojcu. Wyciekł list
AKPA

Jego biografia to gotowy scenariusz na film – pełen wojennych dramatów, przemilczanych faktów i tajemnic, które przez lata pozostawały poza publiczną świadomością. Edward Linde-Lubaszenko dorastał w rzeczywistości naznaczonej historią, która już od pierwszych dni jego życia zaczęła pisać dla niego wyjątkowo trudny los. Dopiero po latach okazało się, że jedna z najważniejszych prawd o jego pochodzeniu była znacznie bardziej skomplikowana, niż mógł przypuszczać.

  • Kim jest Edward Linde-Lubaszenko?
  • Nie żyje Edward Linde-Lubaszenko
  • Prawdy dowiedział się z listu

Kim jest Edward Linde-Lubaszenko?

Edward Linde-Lubaszenko należy do tego rzadkiego grona aktorów, których obecność na ekranie lub scenie nie wymaga żadnej zapowiedzi ani marketingowego wstępu. Nigdy nie funkcjonował w logice gwiazdorstwa, nie zabiegał o medialną widoczność, a jednak przez dekady konsekwentnie budował pozycję artysty pierwszego planu – tyle że według własnych reguł. Zamiast efektownych póz i demonstracyjnych emocji proponował widzom intelektualną czujność, powściągliwość i charakterystyczny, niski głos, który sam w sobie stawał się nośnikiem sensu. W jego przypadku aktorstwo nie polegało na ekspresji, lecz na precyzji – wystarczyło, że pojawił się w kadrze, by ciężar sceny natychmiast przesuwał się w jego stronę.

Fundament tej postawy ukształtował się w krakowskim Starym Teatrze, gdzie pracował z najwybitniejszymi reżyserami polskiego teatru drugiej połowy XX wieku – Konradem Swinarskim czy Andrzejem Wajdą. To tam nauczył się aktorstwa myślenia, opartego na analizie tekstu, świadomości formy i odpowiedzialności za sens wypowiedzi. W kinie, zwłaszcza w nurcie określanym mianem kina moralnego niepokoju, stał się uosobieniem bohatera refleksyjnego: człowieka zanurzonego w wątpliwościach, sceptycznego wobec prostych odpowiedzi i jednoznacznych ocen. Nawet jeśli nie grał głównych ról, potrafił zawłaszczyć uwagę widza drobnym gestem, pauzą czy spojrzeniem – bez potrzeby podnoszenia głosu czy teatralnych środków wyrazu.

Dla młodszej publiczności Linde-Lubaszenko funkcjonuje często w jeszcze innym kontekście – jako ojciec Olafa Lubaszenki. Ich wspólne występy w filmach takich jak Sztos czy Chłopaki nie płaczą pokazały, że aktor ten doskonale odnajduje się również w komedii, choć i tu pozostał wierny swojej metodzie. Jego humor był oszczędny, podszyty ironią i dystansem, pozbawiony farsowej dosłowności. Nie grał dowcipu „na zewnątrz” – raczej pozwalał, by rodził się on z sytuacji i charakteru postaci. To właśnie ta powściągliwość sprawiała, że jego role komediowe zapadały w pamięć równie mocno jak dramatyczne.

Na wizerunek artysty wpływała także jego biografia, pełna nieoczywistych wątków związanych z pochodzeniem i zmianą nazwiska. Te elementy, choć rzadko przez niego eksponowane, budowały aurę pewnej tajemnicy i eleganckiego dystansu wobec świata. Linde-Lubaszenko sprawiał wrażenie człowieka, który więcej obserwuje, niż mówi, i który świadomie nie dzieli się wszystkimi odpowiedziami. Być może właśnie dlatego jego ekranowa obecność zawsze niosła w sobie dodatkowy sens – jakby za każdym zdaniem kryło się coś jeszcze, niewypowiedzianego.

Dziś, mimo upływu lat, Edward Linde-Lubaszenko pozostaje jedną z najbardziej wyrazistych i intrygujących postaci polskiej kultury. Jego kariera jest dowodem na to, że w aktorstwie nie liczy się hałas, intensywność medialnej obecności ani pogoń za popularnością. Wystarczą klasa, konsekwencja i talent, który broni się sam – nawet wtedy, gdy artysta wybiera ciszę zamiast blasku fleszy.

Tak Edward Linde-Lubaszenko poznał prawdę o ojcu. Wyciekł list
Edward Linde-Lubaszenko, fot. KAPIF

Nie żyje Edward Linde-Lubaszenko

Niedzielne doniesienia przyniosły wiadomość, która – choć dla wielu gdzieś podskórnie przewidywana – i tak wywołała autentyczne poruszenie. Odszedł Edward Linde-Lubaszenko, jeden z tych aktorów, którzy przez dziesięciolecia stanowili punkt odniesienia dla całego środowiska teatralnego i filmowego w Polsce. Informację o jego śmierci przekazała rodzina, zamykając symbolicznie epokę niezwykle ważną nie tylko dla krakowskiej sceny artystycznej, ale i dla ogólnopolskiej kultury. Artysta miał 86 lat, a pozostawiony przez niego dorobek jest tak bogaty, że mógłby posłużyć za fundament kilku pełnych, niezależnych karier.

Edward Linde-Lubaszenko nigdy nie był „jednym z wielu”. Funkcjonował raczej jako osobny byt – aktor, którego obecność nadawała scenie i ekranowi określoną rangę. Od 1973 roku jego nazwisko było nierozerwalnie związane ze Starym Teatrem w Krakowie, instytucją, która w tamtym czasie kształtowała artystyczne elity i wyznaczała najwyższe standardy polskiego teatru. To właśnie tam tworzył role, które przeszły do historii i na trwałe wpisały się w zbiorową pamięć widzów. Równolegle rozwijał imponującą karierę filmową – wystąpił w ponad 70 produkcjach kinowych, zagrał przeszło sto ról teatralnych i wielokrotnie pojawiał się w Teatrze Telewizji, który przez lata był jednym z najważniejszych miejsc spotkania sztuki aktorskiej z masową publicznością.

Szczególną cechą jego aktorstwa była umiejętność dominowania bez dominacji. Linde-Lubaszenko był mistrzem drugiego planu w sensie artystycznym – potrafił jednym spojrzeniem, precyzyjnie postawioną pauzą czy charakterystycznym, głębokim głosem przejąć uwagę widza i nadać scenie zupełnie nowy ciężar. Nie uciekał się do efektownych środków, nie grał „na pokaz”. Jego role były oszczędne, zdyscyplinowane, a jednocześnie niezwykle intensywne, co sprawiało, że na długo zapadały w pamięć.

Znamienne jest również to, że artysta sam zdecydował o momencie swojego odejścia ze sceny. 14 grudnia 2025 roku, goszcząc w programie „Dzień Dobry TVN”, z typową dla siebie powściągliwością i spokojem ogłosił zakończenie kariery zawodowej. Nie było w tym ani patosu, ani sentymentalnych podsumowań – raczej dojrzała refleksja, trzeźwa ocena własnych możliwości i poczucie, że droga artystyczna została domknięta w odpowiednim momencie. To gest konsekwentny i charakterystyczny dla twórcy, który przez całe życie zachowywał autonomię i pełną kontrolę nad swoim zawodowym losem.

Śmierć Edwarda Linde-Lubaszenki to strata znacznie wykraczająca poza ramy jednego życiorysu. Odszedł nie tylko wybitny aktor, lecz także pedagog, mentor i człowiek o niezwykłej inteligencji oraz kulturze osobistej. Dla części widzów pozostanie przede wszystkim ekranowym ojcem znanym z filmów lat 90., dla innych – wybitnym aktorem dramatycznym i mistrzem interpretacji klasycznych ról. Niezależnie od tego, czy pamiętamy go z kina moralnego niepokoju, z „Psów”, czy z desek krakowskiego teatru, jedno jest pewne: polska kultura utraciła jedną ze swoich najstabilniejszych i najbardziej szanowanych figur.

Po Edwardzie Linde-Lubaszence pozostała cisza, która ma szczególny ciężar. To nie jest zwykła luka po aktorze, którego można zastąpić kolejną premierą czy nową obsadą. To brak obecności, która przez lata była oczywista. Jego miejsce w historii polskiego teatru i kina zostało już na trwałe zapisane – i nic nie wskazuje na to, by mogło zostać kiedykolwiek zakwestionowane.

Prawdy dowiedział się z listu

Edward Linde-Lubaszenko przyszedł na świat w Białymstoku, w czasie, który dla wielu rodzin miał być początkiem spokojnego życia, a bardzo szybko okazał się zapowiedzią katastrofy. Jego rodzice, podobnie jak tysiące innych ludzi w przedwojennej Polsce, nie mogli przewidzieć, że narodziny dziecka niemal natychmiast zostaną naznaczone doświadczeniem wojny, rozłąki i dramatycznej walki o przetrwanie. Wkroczenie historii w prywatne życie rodziny okazało się bezlitosne.

Po zajęciu Białegostoku przez wojska sowieckie Julian Linde, biologiczny ojciec Edwarda, znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Jego niemieckie pochodzenie czyniło go osobą szczególnie narażoną na represje, co zmusiło go do ucieczki i zerwania bezpośredniego kontaktu z rodziną. W opuszczonym mieszkaniu zamieszkał radziecki oficer, Mikołaj Lubaszenko. To właśnie on przez wiele lat funkcjonował w świadomości Edwarda jako ojciec – nie tylko z nazwy, ale także jako realna postać, od której zależało życie jego i matki. Dzięki tej relacji Emilia, matka Edwarda, oraz jej dwuletni syn mogli opuścić zagrożony Białystok i wyjechać do Archangielska. Kobieta, podając się za żonę oficera, dokonała wyboru, który zadecydował o ich dalszym losie.

Sam aktor po latach opisywał tę decyzję bez patosu, ale z pełną świadomością jej dramatyzmu. W rozmowie z „Rzeczpospolitą” mówił:

„Młoda kobieta, mając do wyboru daleką Syberię, gdzie z niemowlęciem na pewno by nie przeżyła, albo poddanie się adoratorowi, wybiera tę drugą opcję, ratując życie swoje i dziecka”.

Choć wojnę udało się przeżyć, jej konsekwencje pozostały na długo. Doświadczenia głodu, biedy i permanentnego strachu ukształtowały wrażliwość Edwarda już od najwcześniejszych lat. Po zakończeniu wojny rodzina osiedliła się we Wrocławiu, jednak poczucie obcości nie zniknęło. Młody Edward biegle posługiwał się językiem rosyjskim i niemieckim, natomiast język polski sprawiał mu trudności. Ta językowa odmienność stała się powodem szykan ze strony rówieśników i pogłębiała poczucie wykluczenia. By nadrobić braki, chłopiec uciekał w świat książek i radia – szczególne miejsce zajmowały dla niego „Przygody Robinsona Crusoe”, które stały się nie tylko lekturą, ale także metaforą samotności i przetrwania.

Początkowo jego droga życiowa miała prowadzić w zupełnie innym kierunku. Linde-Lubaszenko rozpoczął studia medyczne, planując karierę lekarza. Dopiero po trzech latach zdecydował się porzucić ten wybór i zwrócić ku aktorstwu – decyzji, która z perspektywy czasu okazała się kluczowa, choć wtedy była raczej aktem wewnętrznego niepokoju niż chłodnej kalkulacji.

To właśnie w okresie studiów doszło do jednego z najbardziej przełomowych momentów w jego życiu. W dziekanacie Akademii Medycznej we Wrocławiu odebrał list, którego pierwsze słowa brzmiały:

„Jestem pańskim ojcem”.

List zawierał również zaproszenie na święta Bożego Narodzenia. Prawdę potwierdziła matka – Julian Linde, mieszkający w Polanicy-Zdroju, odnalazł syna dzięki poszukiwaniom prowadzonym przez Czerwony Krzyż. Od tego momentu utrzymywali kontakt aż do śmierci ojca w 1969 roku. Odkrycie biologicznego pochodzenia nie było jedynie prywatną sensacją, lecz momentem, który wymusił redefinicję własnej tożsamości.

Tak Edward Linde-Lubaszenko poznał prawdę o ojcu. Wyciekł list
Edward Linde-Lubaszenko, fot. KAPIF
Bądź na bieżąco - najważniejsze wiadomości z kraju i zagranicy
Google News Obserwuj w Google News
Wybór Redakcji
jeffrey epstein
Polska spółka w nowych aktach Epsteina. Na rok przed śmiercią przyniosła mu gigantyczny zysk
None
Ujawniono prawdę o relacji Edwarda Linde-Lubaszenko z synem. Oto, co się okazało
Edward Linde-Lubaszenko
To dlatego Edward Linde-Lubaszenko miał dwa nazwiska. Chodziło o jedną rzecz
Edward Linde-Lubaszenko
Tak gwiazdy żegnają Edwarda Linde-Lubaszenko. Poleciało wiele łez
Edward Linde-Lubaszenko
To ostatnie zdjęcie Edwarda Linde-Lubaszenko przed śmiercią. Ledwo można go poznać
Torbicka
Jak dobrze znasz Grażynę Torbicką? Te pytania mogą zaskoczyć
Wybór Redakcji