Uczestniczka "The Voice" odeszła w tragicznych okolicznościach. Miała tylko 32 lata!
Świat muzyki rzadko zamiera w tak przerażającej ciszy, jak miało to miejsce po doniesieniach z Orlando. Christina Grimmie, dziewczyna o potężnym głosie i zaraźliwym uśmiechu, która podbiła serca milionów widzów amerykańskiego „The Voice”, stała u progu wielkiej kariery. Niestety, wieczór, który miał być radosnym spotkaniem z fanami, zamienił się w krwawy scenariusz, którego nikt nie był w stanie przewidzieć. Tragedia rozegrała się w ułamku sekundy, na oczach przerażonych świadków, przypominając o mrocznej cenie popularności i kruchości życia w blasku reflektorów. Do dziś fani na całym świecie wspominają artystkę, której talent zgasł w najbardziej brutalny z możliwych sposobów.
Śmierć przy stoliku z autografami
10 czerwca 2016 roku w klubie The Plaza Live w Orlando panowała euforyczna atmosfera. Christina właśnie zeszła ze sceny, dając energetyczny popis swoich umiejętności. Zgodnie ze swoim zwyczajem, po występie udała się do fanów, by podpisywać płyty i zamienić z nimi choć kilka słów. O godzinie 22:24, gdy artystka z uśmiechem witała kolejną osobę w kolejce, doszło do ataku. Świadkowie początkowo nie zidentyfikowali niebezpieczeństwa – dźwięk strzałów pomylono z pękającymi balonami, które fani przynieśli na koncert.
„Usłyszałem trzy dźwięki przypominające odgłos pękających balonów. Potem zobaczyłem, jak dwie osoby zaczęły uciekać, a jej noga opadła na bok” – relacjonował jeden z obecnych na miejscu fanów. Dopiero widok upadającej Christiny i chaos, który wybuchł w sali, uświadomił wszystkim, że doszło do zamachu. Napastnik, uzbrojony w dwa pistolety, wycelował prosto w młodą gwiazdę, odbierając jej szansę na ratunek i zostawiając przemysł muzyczny w głębokim szoku.
Od YouTube’a do zachwytu Adama Levine’a
Kim była dziewczyna, o której śmierć pytali wszyscy od Florydy po Warszawę? Christina Grimmie budowała swoją markę od podstaw, zaczynając jako nastolatka nagrywająca covery w swoim pokoju i publikująca je na platformie YouTube. Jej przełomem był udział w 6. edycji „The Voice”, gdzie podczas przesłuchań w ciemno brawurowo wykonała hit „Wrecking Ball”. Efekt? Wszyscy czterej jurorzy – Adam Levine, Usher, Shakira i Blake Shelton – odwrócili swoje fotele, walcząc o to, by została ich podopieczną.
Ostatecznie Christina wybrała drużynę lidera Maroon 5, który od progu zapowiedział jej, że ma „potencjał, by zostać wielką gwiazdą”. Choć w finale zajęła 3. miejsce, jej popularność biła rekordy. Wspierali ją najwięksi: Selena Gomez oraz Justin Bieber, którego utwory Grimmie często interpretowała na swój unikalny sposób. Nawet gospodarz programu, Carson Daly, nie krył zaskoczenia wynikami, sugerując, że to właśnie Christina najbardziej zasługiwała na zwycięstwo. Po programie jej kariera nabrała tempa – kontrakt z Island Records miał być przepustką do światowej ekstraklasy popu.
Brat, który stał się bohaterem w godzinie próby
W całym tym tragicznym zdarzeniu pojawił się jednak akt niewyobrażalnej odwagi. Marcus Grimmie, starszy brat artystki i jej road manager, był na miejscu, gdy padły strzały. Widząc, że jego siostra została ranna, bez chwili wahania rzucił się na uzbrojonego napastnika. Dzięki jego błyskawicznej interwencji i obezwładnieniu zamachowca, nie doszło do jeszcze większej masakry wśród zgromadzonych w klubie fanów.
Ówczesny szef policji w Orlando, John Mina, nie szczędził słów uznania dla brata piosenkarki: „Marcus pomógł w tej krytycznej chwili. To jego interwencja uratowała życie wielu osób”. Niestety, mimo bohaterstwa brata i wysiłków lekarzy, Christiny nie udało się uratować. Jej śmierć wymusiła na organizatorach koncertów na całym świecie rewizję procedur bezpieczeństwa podczas spotkań z fanami. Pamięć o Christinie Grimmie trwa jednak nadal – nie jako o ofierze, ale jako o niezwykle utalentowanej dziewczynie, która swoim głosem potrafiła zjednoczyć cztery wielkie gwiazdy muzyki w kilka sekund.