Muzyk legendarnego zespołu nie żyje. Wydano oficjalne oświadczenie
Fani muzyki na całym świecie pogrążyli się w smutku. Odszedł muzyk, który współtworzył potęgę jednego z najbardziej ikonicznych zespołów w historii gatunku. Jego brzmienie zna każdy, kto choć raz słuchał rockowych hymnów, które na stałe wpisały się do kanonu popkultury.
- Tcyh cel;ebrytów porzegnaliśmy niedawno
- Fenomen The Scorpions
- Nie żyje Francis Buchholz
Czarna seria w show-biznesie
Ostatnie miesiące to dla świata kultury czas wyjątkowo trudny. Kiedy odchodzą postacie, na których wychowały się całe pokolenia, kończy się coś więcej niż tylko ich biografia – kończą się pewne epoki. Nie trzeba tu wielkich słów, by poczuć, że lista nazwisk, z którymi musieliśmy się pożegnać na przełomie 2025 i 2026 roku, jest wyjątkowo długa i bolesna. Grudzień 2025 roku przyniósł wiadomość o śmierci Brigitte Bardot. Francuska ikona kina odeszła w wieku 91 lat, zostawiając po sobie nie tylko kultowe role, jak ta w „I Bóg stworzył kobietę”, ale też lata walki o prawa zwierząt. Chwilę później, już w styczniu 2026 roku, dotarły do nas tragiczne wieści z Los Angeles. W wypadku drogowym zginął Guy Moon, kompozytor, którego melodie z „Wróżków chrzestnych” zna niemal każdy, kto dorastał w erze kultowych kreskówek. Zaledwie kilka dni po nim świat obiegła informacja o śmierci Rogera Allersa – człowieka, który dał nam „Króla Lwa” i współtworzył magię Disneya.
W Polsce te pożegnania były równie poruszające. Pod koniec listopada odeszła Agnieszka Maciąg. Kiedyś topowa modelka, później kobieta, która uczyła Polki, jak żyć zdrowo i w zgodzie ze sobą. Jej śmierć po krótkiej chorobie była dla wielu szokiem. Grudzień przyniósł kolejny cios – pożegnaliśmy Magdę Umer. Jej interpretacje poezji śpiewanej i niezwykła klasa były stałym punktem polskiej kultury przez dekady. Trudno też zapomnieć o stracie, jaką była śmierć Michała Urbaniaka – wizjonera jazzu, który jak nikt inny potrafił łączyć gatunki i inspirować młodych muzyków na całym świecie. Patrząc na te wszystkie nazwiska, widać jedno: odeszli ludzie, którzy tworzyli fundamenty współczesnej rozrywki i sztuki. Choć każdy z nich zajmował się czymś innym – od animacji, przez jazz, po literaturę – łączyło ich to, że zostawili po sobie coś trwałego. Teraz nam pozostaje jedynie wracać do ich płyt, filmów i książek, bo to jedyny sposób, by zatrzymać ich przy sobie na dłużej.

Fenomen The Scorpions
Jeśli ktoś szuka w rocku definicji przetrwania, to ekipa z Hanoweru bije wszystkich na głowę. Podczas gdy inne kapele rozlatywały się po pierwszym wspólnym tournee, Klaus Meine i Rudolf Schenker zbudowali maszynę, która bezawaryjnie pędzi od ponad pół wieku. Niemiecki zespół Scorpions to fenomen – udowodnili, że można podbić światową scenę, mając specyficzny akcent i niespożytą energię, której mogliby im pozazdrościć dwudziestolatkowie. Większość niedzielnych słuchaczy kojarzy ich głównie z gwizdaną melodią w "Wind of Change". Ten utwór stał się symbolem upadku muru berlińskiego, ale szufladkowanie ich tylko jako autorów ballad to błąd. To przede wszystkim solidny, hardrockowy rzemieślnik. Panowie zaczynali w czasach, gdy nikt nie dawał im szans na sukces w USA, a skończyli z wynikiem ponad 100 milionów sprzedanych płyt. To nie przypadek, tylko efekt żelaznej dyscypliny i braku parcia na skandale.
Najbardziej urokliwym momentem w ich historii była słynna „trasa pożegnalna” ogłoszona w 2010 roku. Trwała trzy lata, fani płakali w poduszki, po czym muzycy uznali, że w sumie to nigdzie się nie wybierają. I grają do dziś. Co więcej, ich album "Rock Believer" z 2022 roku pokazał, że to nie jest odcinanie kuponów od emerytury. Głos Klausa Meine starzeje się z niesamowitą klasą, a riffy Rudolfa Schenkera wciąż tną powietrze z tą samą precyzją. Sekret ich sukcesu jest prosty: nigdy nie próbowali być na siłę nowocześni. Przetrwali punk, grunge i cyfrową rewolucję, ani na moment nie zdejmując skórzanych kurtek. Scorpions to po prostu marka godna zaufania. Można się z nich trochę podśmiewać, że są przewidywalni, ale kiedy wychodzą na scenę, wszelkie złośliwości milkną. To żywy dowód na to, że w rocku liczy się nie tylko ogień, ale też wytrwałość.
Niestety ostatnio grupa podzieliła się smutnymi wiadomościami
Nie żyje Francis Buchholz
Świat rocka stracił właśnie jeden ze swoich filarów. W piątek, 23 stycznia, media obiegła wiadomość o śmierci Francisa Buchholza, wieloletniego basisty grupy Scorpions. Muzyk zmarł dzień wcześniej w wieku 71 lat. Informację o jego odejściu przekazała żona, zaznaczając, że odszedł w spokoju, otoczony najbliższą rodziną. Choć fani wiedzieli, że Buchholz od lat zmagał się z chorobą nowotworową, ta wiadomość i tak uderzyła z ogromną siłą.
Francis odszedł spokojnie, otoczony miłością. — czytamy w oświadczeniu.
Trudno wyobrazić sobie złote czasy niemieckiego zespołu bez jego udziału. Francis Buchholz dołączył do Scorpions jako zaledwie dziewiętnastolatek i spędził w grupie niemal dwie dekady. To on trzymał rytm w okresie największej świetności formacji, kiedy nagrywali albumy, które dziś są absolutnym kanonem rocka. To właśnie z nim w składzie powstał hymn pokoleń, czyli słynne "Wind of Change". Jego bas był słyszalny na wszystkich najważniejszych płytach, które sprzedały się w milionach egzemplarzy na całym świecie. Po rozstaniu z zespołem w 1992 roku Buchholz nie odwiesił gitary na kołek. Muzyka była jego życiem, co udowodnił, współpracując chociażby z projektem Michael Schenker’s Temple of Rock. Jednak dla większości słuchaczy na zawsze pozostanie tą skromną, ale niezwykle ważną postacią z klasycznego składu „Skorpionów”.
Jego śmierć to koniec pewnej epoki. Fani od rana dzielą się wspomnieniami z koncertów, dziękując za brzmienie, które zdefiniowało hard rocka lat 80. Francis Buchholz udowodnił, że można być światową gwiazdą, a jednocześnie zachować klasę i spokój, nawet w obliczu ciężkiej choroby. Zostały po nim nagrania, które pewnie jeszcze długo będą wybrzmiewać w radiowych głośnikach, przypominając o czasach, gdy rock był potęgą.

