Małgorzata Potocka o swojej relacji z Janem Nowickim "Nawet nie ma takiej możliwości"
Małgorzata Potocka to nie tylko uznana tancerka i choreografka, ale przede wszystkim kobieta, która nigdy nie bała się żyć po swojemu. W obszernej rozmowie z Mateuszem Szymkowiakiem poruszyła wiele tematów, w tym opowiedziała o swojej relacji z Janem Nowickim, który był jej wielką miłością.
Kim jest Małgorzata Potocka?
Małgorzata Potocka to nazwisko, które w świecie teatru i tańca znaczy naprawdę wiele. Urodzona artystka, od lat związana ze sceną, znana jest przede wszystkim jako tancerka i choreografka, ale jej działalność wykracza daleko poza klasyczne ramy zawodu. To kobieta-instytucja. Przez lata tworzyła autorskie spektakle, eksperymentowała z formą, łączyła taniec z teatrem dramatycznym i budowała przestrzeń, w której sztuka miała być przeżyciem totalnym. Widzowie albo ją kochali, albo nie rozumieli. Obojętnych właściwie nie było.
Potocka była związana m.in. z Teatrem Sabat, który prowadziła i rozwijała z ogromną pasją. Jej estetyka – pełna zmysłowości, barw, kobiecej energii – stała się jej znakiem rozpoznawczym. Nigdy nie była artystką zachowawczą. Zawsze szła pod prąd, zawsze miała własne zdanie. W świecie, w którym kobiety często musiały walczyć o swoją pozycję, ona robiła to z podniesioną głową i scenicznym rozmachem.
Jej życie zawodowe było intensywne, dynamiczne, pełne projektów i premier. Teatr był dla niej czymś więcej niż pracą – był tlenem. I właśnie ta bezwarunkowa miłość do sceny stała się później jednym z powodów, dla których jej wielka miłość nie przetrwała. Bo Potocka to kobieta, która kocha mocno – ale nie potrafi żyć w półcieniu.
Scena to jej żywioł
Małgorzata Potocka przez całe życie była wierna jednej zasadzie: sztuka musi być prawdziwa. Dlatego jej teatr był osobisty, momentami bezkompromisowy, a czasem wręcz prowokujący. Nie bała się tematów trudnych, nie bała się emocji. Jej spektakle często opowiadały o namiętności, kobiecości, relacjach – i niektórzy mówili, że czuć w nich jej własne doświadczenia.
Potocka jest kobietą silną, ale jednocześnie bardzo wrażliwą. W wywiadach nieraz podkreślała, że sztuka jest dla niej sposobem na przepracowanie emocji. Kiedy w jej życiu działo się coś ważnego, scena natychmiast to odbijała. Była typem twórczyni, która żyje teatrem 24 godziny na dobę. Próby, rozmowy z aktorami, koncepcje scenograficzne tworzyły jej świat przez lata.
Właśnie dlatego trudno było jej wyobrazić sobie życie z dala od sceny. Teatr nie był dodatkiem. Był centrum. I kiedy przyszło jej wybierać między spokojem a pasją, między sielskim życiem a artystycznym fermentem – wybór był oczywisty. Nawet jeśli serce mówiło coś zupełnie innego.
Jan Nowicki – idol i największa miłość
Relacja Małgorzaty Potockiej z Janem Nowickim przewijała się przez wiele lat i była jak scenariusz filmu – pełna romantyzmu, artystycznego zachwytu i bolesnych różnic.
„Bardzo kochałam Jana i mam do siebie pretensje, bo to ja odeszłam. On był moim idolem, moim Bogiem. Ja byłam w nim zakochana już jako nastoletnia dziewczynka, ale jednak nie potrafiłam być w takim związku, bo Jan potrzebował bardzo dużo wolności, ciągle wyjeżdżał na wieś, a mnie to szalenie denerwowało” – wyznała w rozmowie z naszym reporterem.
Ich wspólne życie było piękne, jednak ich dwa światy różniły się od siebie. Jan kochał ciszę i naturę, a Małgorzatę pochłaniała teatralna scena.
„Jan bardzo kochał swoją wieś, swój dom, a ja cały czas byłam związana z teatrem. Kiedyś zapytał: ‘Po co Ci to dalej? Chodź, przyjedź już na wieś. Będziemy się kąpać w jeziorze, będziesz oglądała ptaki’. Ja mu wówczas odpowiadałam, że nie potrafię żyć bez teatru. Nawet nie ma takiej możliwości” - mówiła szczerze.
W relacji nie brakowało też romantycznych scen świadczących o wielkiej miłości, który ich łączyła.
„Na początku Jan siedział na piętrze w teatrze i przyglądał się przez parę miesięcy. Mówił do mnie: ‘Wszystko, co robisz jest magiczne. Co ja mógłbym zrobić dla Ciebie?’. I napisał mi piękny musical ‘Powrót Wielkiego Szu’. Wszedł w ten spektakl i zaczął grać. To było nieprawdopodobne przeżycie i największa niespodzianka w moim życiu, bo mężczyzna, którego uwielbiałam i kochałam się w nim już jako dziewczynka, teraz jest ze mną na scenie. Powiedział tylko: ‘Wszystko to zrobiłem dla Ciebie. Jakbyś się pytała mnie, co to jest miłość, to właśnie to’”.
Zaręczyny też były jak z filmu. W domu. Bez fleszy. Jan poprosił ją, by poszukała prezentu. Pierścionek znalazła w doniczce. I ma go do dziś.
„Nigdy go nie zdjęłam” – podkreśliła.
Choć ich drogi się rozeszły, ta miłość wciąż w niej jest. Może już bez wspólnego życia, ale z pamięcią, czułością i - jak sama przyznaje - odrobiną żalu. Bo niektóre uczucia, nawet jeśli nie przetrwają codzienności, zostają na zawsze.