Tylko u nas: Tak po latach wygląda grób gangstera Nikosia! W oczy rzuca się napis po łacinie. Znaczenie aż mrozi
Mija kolejny rok od śmierci legendarnego króla Wybrzeża, a miejsce jego spoczynku wciąż budzi ogromne emocje. Odwiedziliśmy grób Nikodema Skotarczaka, by sprawdzić, jak dziś wygląda pomnik człowieka, który trząsł polskim półświatkiem. Uwagę przykuwa jeden konkretny detal: tajemniczy napis w języku łacińskim. Gdy poznacie jego znaczenie, po plecach przejdą Wam ciark
Kim był Nikodem "Nikoś" Skotarczak?
Historia Nikodema Skotarczaka to gotowy scenariusz na film, co zresztą polskie kino wykorzystało już wielokrotnie. Zanim jednak stał się on legendarnym „Nikosiem”, był po prostu chłopakiem z Gdańska, który odebrał staranne wykształcenie jako ogrodnik. Szybko jednak zrozumiał, że pielęgnowanie bratków nie przyniesie mu takich zysków, jak dbanie o bezpieczeństwo w nocnych klubach. Jako młody chłopak zaczął pracować na bramce w słynnej „Lucynce”, gdzie poznał ludzi trzymających wówczas miasto w garści. To tam wypatrzył go Michał Antoniszyn, znany szerzej jako „Mecenas”. Ten największy paser w Trójmieście został mentorem Nikodema, wprowadzając go w świat wielkich pieniędzy i szemranych interesów.
Początki kariery Skotarczaka to klasyczna szkoła przetrwania tamtych lat – handel walutą w Budapeszcie i sprowadzanie do kraju wszystkiego, czego brakowało na półkach w PRL. Jednak prawdziwy przełom nastąpił w połowie lat 70., kiedy „Nikoś” stworzył pierwszą w Polsce zorganizowaną grupę zajmującą się przemytem kradzionych samochodów. Choć oficjalnie prokuratura próbowała mu przypisać paserstwo zaledwie dwudziestu kilku aut, w rzeczywistości skala procederu była gigantyczna. Niemcy i Austria stały się dla jego ludzi magazynem, z którego brali, co chcieli, a Polska – nienasyconym rynkiem zbytu.
W latach 80. Skotarczak był już postacią publiczną. Jako hojny sponsor Lechii Gdańsk świętował z piłkarzami zdobycie Pucharu Polski, a od ówczesnego prezydenta miasta otrzymał nawet tytuł „Zasłużonego dla Gdańska”. Ta dwuznaczność towarzyszyła mu do końca życia – z jednej strony przestępca, z drugiej szanowany mecenas sportu. Gdy grunt w kraju zaczął palić mu się pod nogami, wyjechał do Niemiec Zachodnich. Z Hamburga i Berlina zarządzał swoim imperium, prowadząc legalną firmę „Skotex” i sklep z elektroniką.
Działalnośc przestępcza Nikosia
Jego ucieczka z berlińskiego więzienia Moabit w 1989 roku przeszła do legendy półświatka. Podczas widzenia po prostu zamienił się ubraniami z bratem i jak gdyby nigdy nic wyszedł główną bramą. Do Polski wrócił nielegalnie na początku lat 90., kiedy system się walił, a nowe elity potrzebowały luksusowych aut. „Nikoś” stał się dostawcą dla wszystkich – jego klientami byli politycy PZPR, milicjanci, wysocy urzędnicy, a nawet hierarchowie kościelni. Dzięki tym kontaktom czuł się nietykalny. Nawet gdy gdańska policja prowadziła operację „Gruda”, sprawę nagle umorzono, nie stawiając mu żadnych zarzutów.
Skotarczak uwielbiał blichtr. Przyjaźnił się z ludźmi z listy najbogatszych Polaków, aktorami i sportowcami. Potrafił bezinteresownie odzyskać skradzione auto, jeśli należało do kogoś znanego, co budowało jego wizerunek „szlachetnego gangstera”. W 1994 roku wziął głośny ślub ze swoją czwartą żoną, Edytą, a świadkiem był mianowicie jeden z założycieli firmy ubezpieczeniowej Hestia. Trzy lata później zaliczył nawet epizod w filmie „Sztos” Olafa Lubaszenki, gdzie na ekranie przywitał się z Janem Nowickim.
Koniec nastąpił nagle, 24 kwietnia 1998 roku w Gdyni. „Nikoś” biesiadował w agencji towarzyskiej „Las Vegas”, świętując imieniny swojego wspólnika, Wojciecha Kurowskiego. Dwóch zamaskowanych mężczyzn weszło do środka i oddało strzały z bliskiej odległości. Skotarczak zginął na miejscu. Choć śledztwo prowadzili znani prokuratorzy, jak Janusz Kaczmarek, nigdy nie ustalono, kto pociągnął za spust. Teorie były różne: od zemsty grupy pruszkowskiej po zlecenie lokalnego rywala, „Zachara”. Nikodem Skotarczak spoczął na gdańskim cmentarzu Srebrzysko, zabierając większość swoich tajemnic do grobu.
Tak wygląda dzisiaj grób legendarnego gangstera
Gdański Cmentarz Srebrzysko kryje wiele historii, ale jedna z nich regularnie przyciąga uwagę przechodniów. Chodzi o miejsce spoczynku Nikodema Skotarczaka, znanego lepiej jako „Nikoś”. Choć od strzałów w gdyńskiej agencji towarzyskiej minęło ponad ćwierć wieku, postać „króla Wybrzeża” nadal budzi emocje. Miejsce jego pochówku nie przypomina jednak zapomnianego grobu dawnego przestępcy. Panuje tu niemal sterylna czystość, a płyta nagrobna lśni, jakby ktoś polerował ją zaledwie przed chwilą.
Wizualnie pomnik próbuje łączyć powagę z dawnym przepychem. Charakterystyczne rzymskie kolumny podtrzymujące konstrukcję to wyraźny ukłon w stronę estetyki lat 90., kiedy to bogactwo manifestowano w sposób dosadny. Mimo to, całość nie bije po oczach kiczem. W oczy rzucają się przede wszystkim różowe chryzantemy oraz świeże znicze. To dowód na to, że mimo upływu lat, bliscy lub dawni znajomi dbają o pamięć o człowieku, który trząsł trójmiejskim półświatkiem. Jednak to nie architektura pomnika zatrzymuje ludzi na dłużej, a wykuta na nim łacińska sentencja: „Non fui, fui, non sum, non curo”. W wolnym tłumaczeniu oznacza ona: „Nie byłem, byłem, nie jestem, nie obchodzi mnie to”. To starożytne przesłanie epikurejskie w przypadku Skotarczaka nabiera wyjątkowo ironicznego wydźwięku. Można odnieść wrażenie, że to jego ostatnie słowo skierowane do świata i wymiaru sprawiedliwości.
Fraza „nie byłem, byłem” idealnie opisuje drogę od zwykłego ochroniarza do luksusowego życia na szczycie mafijnej hierarchii. „Nie jestem” stanowi kropkę postawioną przez egzekutora w 1998 roku, a końcowe „nie obchodzi mnie to” brzmi jak ostateczne podsumowanie życia na krawędzi. Dla jednych to filozoficzna refleksja nad marnością losu, dla innych bezczelny manifest kogoś, kto za nic miał ogólnie przyjęte zasady. Tak czy inaczej, „Nikoś” nawet zza grobu potrafi skłonić do refleksji nad tym, co po nas zostaje.




