Kamil Sipowicz o nieznanych szczegółachz życia Kory. "Od godziny tam siedzi, a właściwie leży"
Przez lata milczeli o tym, co działo się za zamkniętymi drzwiami ich domu. Dziś mąż Kory przerywa ciszę, ujawniając dramatyczne wydarzenia, które na zawsze zmieniły życie legendarnej artystki. Ta historia nigdy nie miała ujrzeć światła dziennego, a teraz wstrząsnęła polskim internetem.
Powstała nowa biografia Kory
Kora nigdy nie była produktem wymyślonym przez sztab marketingowców. Gdyby dzisiaj zaczynała, pewnie zbanowaliby ją za zbyt ostry język albo brak ochoty na pozowanie do selfie. W latach 80. weszła w polską szarzyznę jak taran. Krótkie włosy, ciemne okulary i ten głos, który brzmiał, jakby chciała wykrzyczeć całą frustrację pokolenia. Występ w Opolu z „Boskim Buenos” to był moment, w którym miliony Polaków zrozumiały, że można żyć inaczej.
Jej styl nie brał się z przeglądania modnych pism, których zresztą wtedy nie było. Kora wyrosła z krakowskiego ruchu hipisowskiego. To tam nauczyła się, że wolność jest ważniejsza niż opinia sąsiadów czy cenzury. Maanam pod jej wodzą stał się maszyną do robienia hitów, ale ona sama zawsze stała trochę obok tego całego show-biznesu. Nawet gdy po latach zasiadała w fotelu jurorki telewizyjnego show, nie udawała kogoś miłego. Mówiła to, co myśli, często gęsto irytując tych, którzy liczyli na grzeczne komentarze.
Prawdziwa twarz Kory ukazała się jednak dopiero wtedy, gdy światła ramp zgasły. Nowa książka Kamila Sipowicza, „Kora i inne zwierzęta”, to nie jest nudny spis dat i koncertów. To opowieść o kobiecie, która potrafiła godzinami gapić się w drzewa na Roztoczu. Okazuje się, że ta rockowa lwica najlepiej czuła się w towarzystwie psów, kotów i alpak. Dom na Roztoczu był jej azylem, gdzie zamiast mikrofonu trzymała w ręku sekator. Słynna suczka Ramona była dla niej tak samo ważna jak największe przeboje. Kora u schyłku życia pokazała nam coś ważnego: że po całym tym życiowym hałasie najważniejsza jest cisza i kontakt z naturą. To był jej ostatni manifest wolności – prawo do bycia sobą, bez makijażu i bez publiczności.'

To się naprawdę wydarzyło
Zazwyczaj o legendach pisze się na kolanach, ale Kamil Sipowicz w swojej nowej książce „Kora i inne zwierzęta” postanowił zdjąć Jackowską z pomnika i pokazać ją w sytuacjach, które z gracją i spokojem nie miały nic wspólnego. Jedna z najciekawszych anegdot dotyczy wyprawy do Meksyku, która zamiast od egzotycznych drinków, zaczęła się od awantury na lotnisku. Całe zamieszanie wywołała suczka Ramona, nieodłączna towarzyszka artystki, która dla Kory była kimś znacznie ważniejszym niż tylko zwierzęciem domowym.
Kora tam jest, jakieś papiery związane z psem są nie w porządku. Dlatego od godziny tam siedzi, a właściwie leży. Ponieważ na znak protestu przeciw psuciu stosunków polsko-meksykańskich położyła się na podłodze, a dla zwiększenia dramatyzmu wyła jak zwierzę. Ramona skulona przy niej – podsumował Kamil Sipowicz w nowej książce.
Na granicy zaczęły się schody. Meksykańscy celnicy, zamiast bić pokłony przed polską gwiazdą, postanowili skrupulatnie przetrzepać bagaże i dokumenty psa. Sipowicz opisuje tę scenę bez upiększania: w ciasnym, dusznym pomieszczeniu kontroli celnej atmosfera zgęstniała w sekundę. Kora, która nie znosiła sprzeciwu i miała wyjątkowo niski próg tolerancji na biurokrację, po prostu pękła. Nie było tam miejsca na dyplomację czy uprzejme uśmiechy. Z relacji wynika, że artystka wpadła w furię. Zaczęła krzyczeć, a jej zachowanie było tak gwałtowne, że strażnicy kompletnie zbaranieli. Gwiazda, zamiast pokazać paszport, urządziła scenę, która balansowała na granicy histerii i buntu przeciwko systemowi. Dla postronnych obserwatorów i ochrony był to szok – niecodziennie widzi się elegancką kobietę, która w obronie psa potrafi zrobić taką dymę, że trzęsie się cały terminal. To nie była tylko nerwowość, to był totalny brak hamulców.
Ta historia pokazuje, że Kora nigdy nie grała kogoś, kim nie jest. Nawet jeśli oznaczało to problemy z prawem czy ochroną, zawsze szła na żywioł. Sipowicz nie ukrywa, że ta sytuacja była trudna dla wszystkich, ale jednocześnie świetnie oddaje charakter Kory – kobiety, która dla swoich bliskich (nawet tych czworonożnych) była gotowa spalić za sobą wszystkie mosty.
Jak sie zakończyła sytuacja?
Jackowska miała to do siebie, że rzeczywistość naginała się do niej, a nie na odwrót. Nawet tam, w dusznym pomieszczeniu, otoczona przez mundurowych, którzy o polskim rocku nie mieli bladego pojęcia, zachowała absolutny fason.
Kora wyszła za pół godziny. Z Ramonką na ręku. Zapłakana, ale szczęśliwa, że wyrwała się z tego urzędniczego piekła w gorącym Cancún. Co się okazało? Wszystko było w porządku z papierami Ramonki. Prawie wszystko. Nie miała tylko jednej jedynej pieczątki. Zaświadczającej, że ma ochronę przed kleszczami. Zawezwano weterynarza z miasta. Przyjechał po godzinie. Psiknął na Ramonkę odpowiednim preparatem dwa razy, skasował 100 dolców i zniknął – dodał Sipowicz.
To, co uderza w relacjach z tego zdarzenia, to totalny brak pokory, który był jej znakiem rozpoznawczym. Zamiast się kajać, Kora postawiła na swoją najsilniejszą broń: dystans i humor. Świadkowie wspominają, że mimo realnego stresu, nie dała po sobie poznać, że cokolwiek ją złamało. To nie była wyreżyserowana poza na potrzeby mediów – ona po prostu taka była. Bezkompromisowość miała we krwi, niezależnie od tego, czy stała na scenie w Jarocinie, czy gęstowała się przed urzędnikiem na drugim końcu świata.
Dla nas, obserwatorów, to kolejna lekcja z cyklu „jak być ikoną”. Kora udowodniła, że niezależność to nie jest coś, co zakłada się jak kostium na koncert. To sposób bycia, który nie znika w obliczu kłopotów. Wyszła z tego obronną ręką nie dzięki układom, ale dzięki charyzmie, której nie da się podrobić ani wyuczyć. Do dziś pozostaje symbolem wolności właśnie dlatego, że potrafiła pokazać „środkowy palec” systemowi nawet wtedy, gdy ten system miał nad nią fizyczną przewagę. I to bez zbędnego patosu, po prostu z klasą i papierosem w ręku. To właśnie ta autentyczność sprawia, że kolejne pokolenia wciąż chcą jej słuchać.
