Kaja Godek zbiera pieniądze. Ludzie są wściekli. Poszło o abo**je
Czy można wyobrazić sobie sytuację, w której życie jednej osoby staje się areną publicznej walki ideologicznej? Właśnie taką historię obserwujemy teraz w Polsce — sprawę, która rozgrzewa media i sieci społecznościowe do czerwoności.
- Dramat Leli w szpitalnym łóżku
- Kaja Godek i Fundacja Życie i Rodzina w ogniu krytyki
- Godek kontra rzeczywistość – prawo ponad życie
Dramat Leli w szpitalnym łóżku
Lela przebywa w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Olsztynie. Jest w 15. tygodniu ciąży i od ponad miesiąca zmaga się z poważnymi komplikacjami zdrowotnymi, które znacząco zagrażają jej życiu i codziennemu funkcjonowaniu. Od początku grudnia cierpi na niepowstrzymujące się wymioty ciężarne, które czasami przybierają formę wymiotów z krwią. Każdy posiłek kończy się dramatycznym osłabieniem, a ciało nie przyjmuje potrzebnych płynów i składników odżywczych. Pacjentka jest karmiona pozajelitowo, a jej organizm codziennie walczy o podstawowe funkcje życiowe.
Do powikłań dołączają poważne problemy związane z cukrzycą typu I oraz owrzodzeniem przełyku, które dodatkowo komplikują możliwość przyjmowania pokarmów i leków. Każdy dzień odwlekania leczenia zwiększa ryzyko trwałych uszkodzeń organizmu, a nawet śmierci. Osoby wspierające Lelę podkreślają, że jej stan jest ekstremalnie poważny i wymaga natychmiastowej interwencji medycznej.
Pomimo wyraźnych przesłanek medycznych, szpital odmawia przeprowadzenia aborcji, mimo że pacjentka wielokrotnie wyrażała swoją wolę przerwania ciąży. Dokumentacja medyczna jednoznacznie wskazuje na ryzyko dla zdrowia i życia Leli, a eksperci podkreślają, że zgodnie z obowiązującym prawem medycznym takie przesłanki są wystarczające do podjęcia zabiegu.
Dodatkowe trudności stwarza bariera językowa oraz formalności związane z pełnomocnictwami, które utrudniają szybkie działanie w jej imieniu. Bliscy pacjentki zgłaszali, że nie jest w stanie chodzić, a każda próba zmuszenia jej do przemieszczania się kończy się dramatycznym pogorszeniem samopoczucia. To, co powinno być rutynową decyzją medyczną, stało się źródłem dramatycznego stresu, bólu i zagrożenia dla życia.
Nie jest to abstrakcyjny przypadek ani anonimowy raport. To człowiek, którego organizm cierpi w konkretny, widoczny sposób, a system medyczny nie pozwala na natychmiastową pomoc. Każdy dzień odwlekania zabiegu zwiększa ryzyko trwałych powikłań zdrowotnych, a sytuacja Leli staje się symbolem dramatycznego konfliktu między prawem, procedurami szpitalnymi a realnym zagrożeniem życia pacjentki. To, że coś takiego dzieje się w XXI wieku, w polskim szpitalu, powinno budzić nie tylko zaskoczenie, ale i przerażenie.

Kaja Godek i Fundacja Życie i Rodzina w ogniu krytyki
W momencie, gdy dramat Leli stawał się coraz bardziej medialny, na scenę wkroczyła Kaja Godek i jej Fundacja Życie i Rodzina. Zamiast koncentrować się na realnym zagrożeniu zdrowia kobiety, fundacja postanowiła wykorzystać sytuację do działań ideologicznych. W mediach i internecie szybko pojawiły się informacje, że Godek zbiera fundusze i planuje interwencje prawne wobec szpitala, który miałby przeprowadzić zabieg. Cała inicjatywa, zamiast chronić życie, w praktyce opóźnia dostęp do medycznej pomocy dla kobiety w krytycznym stanie.
Krytycy Fundacji Życie i Rodzina zwracają uwagę, że jej działania mają charakter polityczno-ideologiczny, a nie opiekuńczy. Zamiast zapewnić bezpieczeństwo pacjentce, fundacja postawiła na medialną presję i zbiórki, które mogą wyglądać jak walka o „obronę życia”, podczas gdy w rzeczywistości blokują realną ochronę zdrowia i życia kobiety. Zarzuca się, że Godek i jej współpracownicy traktują dramat jednostki jak narzędzie do własnej promocji i wpływania na opinię publiczną.
W rozmowach z mediami przedstawiciele fundacji podkreślają, że ich celem jest „ochrona życia od poczęcia”. W praktyce oznacza to jednak monitorowanie decyzji medycznych i grożenie konsekwencjami prawnymi lekarzom, którzy działają zgodnie z prawem i standardami medycznymi. Takie działania mogą prowadzić do efektu mrożącego, w którym placówki opóźniają lub odmawiają zabiegów w obawie przed interwencją fundacji i konsekwencjami prawnymi.
Dodatkowo, Godek stała się symbolem działań, które przenikają prywatne dramaty pacjentek do polityki i ideologii. To nie jest kwestia dyskusji o wartościach — to sytuacja, w której realne zagrożenie zdrowia i życia kobiety zostaje odsunięte na dalszy plan, a w centrum staje ideologiczna narracja i fundacyjna kampania medialna.
Efekt? Niepokój, że w Polsce nadal możliwe jest, aby fundacja zajmowała się udzielaniem „patroli moralnych” nad decyzjami lekarzy, zamiast wspierać pacjentki w realnym zagrożeniu życia. To obraz organizacji, która zamiast ratować ludzi, stawia się w roli strażnika ideologii — kosztem zdrowia i bezpieczeństwa konkretnych osób.
Przeczytaj także: Dominika Gawęda o rozwodzie z mężem. Nie było tak, jak tego oczekiwała
Godek kontra rzeczywistość – prawo ponad życie
W tej historii jest moment, po którym trudno już udawać, że chodzi o ratowanie kogokolwiek. To chwila, gdy Kaja Godek publikuje w mediach społecznościowych wpis, który w kilka godzin obiega internet. Wpis krzyczący wielkimi literami, pełen emotikonów i patosu, z obietnicą „DOMU I PIENIĘDZY DLA LELI I JEJ RODZINY”, pod jednym warunkiem: byle tylko nie doszło do aborcji.
Padają konkrety — nowo wybudowany dom, 110 metrów, comiesięczna zapomoga finansowa, wsparcie „co najmniej do pełnoletności dziecka”. Jest też wezwanie do „dotarcia do Leli” i oskarżenie lekarzy, że „chcą zabić jej 15‑tygodniowe dziecko”.
I w tym miejscu kończy się jakakolwiek próba poważnej rozmowy. Bo ten „plan ratunkowy” nie ma nic wspólnego z realną pomocą. Lela leży w szpitalu, wymiotuje krwią, jest karmiona pozajelitowo, jej stan się pogarsza. Jedyną realną w jej przypadku formą pomocy jest natychmiastowa aborcja ratująca zdrowie. Nie dom. Nie obietnice. Nie kontakt z „darczyńcą”.
Wpis Godek nie odpowiada na najbardziej podstawowe pytanie: co jeśli Lela umrze, bo pomoc zostanie wstrzymana? Kto zamieszka w tym domu? Kto skorzysta z comiesięcznej zapomogi? Propozycja fundacji całkowicie pomija realne ryzyko, w jakim znajduje się pacjentka, i sprowadza jej życie do karty przetargowej w publicznej kampanii.
Internet reaguje natychmiast. Pod wpisem pojawiają się setki komentarzy — od szoku, przez gniew, po otwarte oskarżenia o moralny szantaż. Wiele z nich wskazuje dokładnie to samo: że oferowanie dóbr materialnych w zamian za rezygnację z ratującego zdrowie zabiegu to nie „pomoc”, tylko wyrok. Część komentarzy znika. Inne wciąż wiszą, pokazując skalę oburzenia i niedowierzania. Zamiast realnych działań „za życiem”, mamy ręczne moderowanie krytyki.
To jest moment, w którym cała ta historia przestaje być sporem światopoglądowym. Staje się koszmarem systemowym, w którym ideologia proponuje dom zamiast leczenia, pieniądze zamiast procedury medycznej i obietnice zamiast odpowiedzialności. I właśnie dlatego ta sprawa budzi tak silne emocje. Bo nie chodzi o poglądy. Chodzi o to, że ktoś naprawdę uznał, że w obliczu zagrożenia życia kobiety można zaproponować jej… nieruchomość.
A jeśli już mówimy o „pomocy dla życia”, to warto zadać jedno pytanie: dlaczego ta sama fundacja i jej liderka tak rzadko pojawiają się tam, gdzie realne potrzeby są ogromne i oczywiste?
W Polsce na koniec 2024 roku w systemie pieczy zastępczej przebywało ponad 77 tys. dzieci, w tym prawie 17,5 tys. w instytucjonalnej opiece, a reszta w rodzinach zastępczych, które często ledwo wiążą koniec z końcem.
Jednocześnie w szkołach na rok szkolny 2024/25 uczyło się blisko 280 tys. uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, co stanowi poważną grupę dzieci, które wymagają dodatkowego wsparcia dydaktycznego i często medycznego. Są też setki tysięcy dzieci w Polsce z orzeczeniem niepełnosprawności, które codziennie potrzebują opieki, rehabilitacji czy wsparcia rodzinnego, i dla których brak odpowiednich usług to poważne wyzwanie społeczne i zdrowotne.
Jeśli fundacji deklarującej „obronę życia” naprawdę zależy na dzieciach i rodzinach, to dlaczego jej działania koncentrują się głównie na ideologicznej presji, zamiast na trwających problemach tysięcy dzieci już żyjących i realnie potrzebujących wsparcia?
