Daniel Martyniuk znów szokuje. Opublikował nowy, zaskakujący post.
Jeszcze niedawno wszyscy mówili o jego kolejnych wybrykach, a teraz... totalne zaskoczenie! Syn gwiazdora disco polo po serii głośnych incydentów opublikował coś, co wprawiło internautów w osłupienie. Czy to początek zupełnie nowego rozdziału?
Faniel Martyniuk nie przestaje szokować
Historia Daniela Martyniuka to gotowy scenariusz na film, choć niekoniecznie taki z happy endem, jaki wymarzyliby sobie jego rodzice. Syn króla disco polo od dawna pracował na opinię „czarnej owcy” i trzeba przyznać, że był w tym wyjątkowo systematyczny. Zamiast korzystać z przywilejów, jakie daje znane nazwisko, wolał budować swoją markę na kontrowersji, wulgaryzmach i publicznym praniu brudów. Ostatnie miesiące, a zwłaszcza końcówka ubiegłego roku, pokazały, że granice w tej rodzinie właściwie przestały istnieć, a media społecznościowe stały się dla Daniela głównym polem bitwy.
Przed ostatnimi świętami Daniel zafundował swoim bliskim prawdziwy emocjonalny rollercoaster. Zamiast bożonarodzeniowego spokoju, internauci dostali serię nagrań i wpisów, w których młody Martyniuk nie brał jeńców. Atakował wszystkich – od przypadkowych ludzi po własną rodzinę. Choć Zenek i Danuta zazwyczaj starali się zachować dyplomatyczne milczenie, mur w końcu pękł.
Kilka lat temu tato powiedział mi: „zobaczysz, jaki ci numer zrobię, jak się nie uspokoisz”. Czekam, a jeszcze nic nie zrobiłeś. Ale ja już tyle numerów narobiłem, że zobaczysz, i to nie koniec – zaczął.
Danuta Martyniuk w przypływie bezsilności wspomniała o uzależnieniach syna, co tylko dolało oliwy do ognia. Daniel nie pozostał dłużny i zaczął wyciągać szczegóły dotyczące metod wychowawczych ojca, który próbował go dyscyplinować po kolejnych wyskokach. Całość wyglądała jak smutny spektakl, w którym główny bohater stracił kontakt z rzeczywistością, strasząc przy okazji „tragicznymi konsekwencjami”.
Merry Christmas. No i kto komu zrobił numer, kochani rodzice? Jak ty w ogóle gościu chciałeś zniszczyć własnego syna? Szala się przelała. Konsekwencje będą tragiczne. I o to chodzi…
Dalsze wybryki Martyniuka
Przez znaczną część czasu Daniel nadawał do fanów z Hiszpanii, gdzie próbował ułożyć sobie życie z dala od polskiego podwórka. Jednak tuż przed końcem roku wrócił do kraju i od razu zaznaczył swoją obecność. Pod Pałacem Kultury w Warszawie nagrał kolejną „wiązankę” skierowaną do najbliższych, po czym nagle zamilkł. Ta cisza trwała aż do sylwestra. Kiedy wszyscy spodziewali się jakiejś refleksji czy noworocznego postanowienia poprawy, Daniel wrócił w swoim starym stylu. Zamiast życzeń, pokazał zdjęcie z rosyjskim napisem „No to pogadamy” i wrzucił nagranie, na którym palił zakazane substancje. Był to jasny sygnał, że żadnej przemiany nie ma i prawdopodobnie szybko nie będzie.
W tle tych wszystkich ekscesów cały czas przewijał się temat jego małżeństwa z Faustyną. Ich związek od początku był zagadką – od głośnego ślubu na Bali, przez narodziny syna, aż po publiczne ogłaszanie kryzysów. Daniel potrafił jednego dnia wychwalać żonę, by drugiego mieszać ją z błotem na Instagramie. Kiedy on bawił się w Hiszpanii lub wszczynał awantury w Polsce, Faustyna zajmowała się dzieckiem, starając się zachować resztki prywatności w tym medialnym cyrku. Ich relacja stała się tematem niekończących się spekulacji, bo Daniel regularnie wrzucał sprzeczne sygnały dotyczące ich rozstania.
Zwrot akcji w życiu Martyniuka
Niedawno jednak nastąpił kolejny zwrot akcji. Po serii skandali, które sugerowały, że młody Martyniuk spalił już za sobą wszystkie mosty, w sieci pojawiło się zdjęcie, które zbiło wielu z tropu. Daniel zapozował ze swoim synkiem. Dla wielu obserwatorów był to widok wręcz nierealny, biorąc pod uwagę to, co wyprawiał zaledwie kilka dni wcześniej. Czy to była próba ocieplenia wizerunku, czy może autentyczny odruch ojcowskiej miłości? Trudno powiedzieć. Daniel Martyniuk przyzwyczaił nas do tego, że potrafi przeskakiwać ze skrajności w skrajność w ciągu jednej doby.
Obecnie sytuacja wygląda tak, że „sezon siódmy” życia Daniela trwa w najlepsze, a on sam zdaje się czerpać dziwną satysfakcję z faktu, że oczy wszystkich są zwrócone na niego. Jego zachowanie to klasyczny przykład kogoś, kto nie radzi sobie z ciężarem popularności, ale jednocześnie nie potrafi bez niej żyć. Choć fani reagują głównie politowaniem, on brnie dalej, jakby wierzył, że każda publikacja, nawet ta najbardziej żenująca, jest mu do czegoś potrzebna. Czas pokaże, czy zdjęcie z dzieckiem było faktycznym przełomem, czy tylko krótką przerwą między jednym skandalem a drugim. Na ten moment pewne jest tylko jedno – u Martyniuków spokoju nie będzie jeszcze długo.
